Pracownicy służby zdrowia: Wszyscy stawiamy czoła COVID-19

Pracownicy służby zdrowia: Wszyscy stawiamy czoła COVID-19

Dodano: 
Lekarz
Lekarz / Źródło: Pexels / Gustavo Fring
Wdzięczny, zaszczycony, upokorzony. Są to trzy pozornie wykluczające się słowa, które pracownicy służby zdrowia walczący z pandemią COVID-19 konsekwentnie używają do opisywania swoich uczuć. Nie narzekają na tęsknotę za rodziną (nawet jeśli tęsknią), ani, że potencjalnie narażają życie lub, że byli świadkami śmierci niektórych pacjentów.

Tak długo, jak trwa pandemia, lekarze są szczególnie potrzebni. Chociaż z pewnością, zamiast w szpitalach, woleliby spędzać przynajmniej tych kilka godzin dziennie ze swoimi rodzinami. A nie zawsze mogą.

Czytaj też:
Naukowcy: U niektórych rozwinie się psychoza związana z koronawirusem

„Wszyscy stawiamy czoła COVID-19”

Alison Rowe, zastępca dyrektora ds. pielęgniarstwa, pogotowia i usług kardiologicznych w Szpitalu Uniwersyteckim Stony Brook w Long Island jeszcze zanim została zmuszona, by używać osobistego asortymentu ochronnego, współpracowała z zespołem kierowniczym szpitala, przygotowując się do pandemii COVID-19.

– Wiedzieliśmy, że to nadchodzi, choć nie byliśmy do końca pewni, kiedy – powiedziała.

Przygotowywali się do wytężonej pracy na oddziale ratunkowym, aby pacjenci, którzy przybyli z objawami grypopodobnymi, mogli być oddzieleni od tych, którzy potrzebowali opieki z powodu urazów i innych dolegliwości.

Wzniesiono także namiot, aby służył jako polowa izba przyjęć, gdzie pacjenci mogli być badani pod kątem COVID-19 i przyjmowani lub wysyłani do domu w celu poddania się kwarantannie. Nieużywany budynek, w którym niegdyś mieścił się szpitalny oddział onkologiczny, został ponownie otwarty na wypadek, gdyby więcej pacjentów wymagało opieki niż szpital mógł pomieścić. – Byliśmy gotowi – dodaje.

Gdy osoby, które podejrzewały, że mają COVID-19, zaczęły tłumnie przybywać na podjazd pogotowia ratunkowego Stony Brook, Rowe i reszta zespołu zarządzającego musieli być na pierwszej linii frontu – nie tylko po to, aby upewnić się, że wszystko działa zgodnie z planem, ale aby w razie potrzeby można było wprowadzić zmiany.

– Początkowo byłam poza tym systemem przez cztery dni – mówi East Setauket, pielęgniarka od prawie dwóch dekad. – To było zniechęcające. Nigdy wcześniej nie musiałam przekierowywać pacjentów – mówi o skierowaniu do 100 pacjentów w ciągu jednego dnia z głównego oddziału ratunkowego do odseparowanego miejsca leczenia. Rowe musiała również zaplanować pracę 400 pielęgniarek (a nawet o wiele więcej, gdy przyszła pomoc z Albany Medical Center) i upewnić się, że zespół miał potrzebne środki ochrony osobistej.

Czytaj też:
Eksperci: Schorzenia hematoonkologiczne mogą się objawiać podobnie jak COVID-19

Praca, dom, praca, dom...

Rowe ma troje dzieci w wieku 8, 11 i 13 lat, do których wraca po zmianie.

– To świetne dzieciaki – mówi, zauważając, że jej mąż również pracuje na pierwszej linii frontu. Jej siostra, która do niedawna była poddana kwarantannie, jest teraz w stanie pomóc rodzinie. – Jestem bardzo wdzięczna – mówi Rowe. Nie mówi tylko o swojej rodzinie, ale także o zespole w Stony Brook. – Wszyscy stawiamy czoła COVID-19.

„Linie frontu”, które widzi Josh Klein, wyglądają nieco inaczej niż lekarze i pielęgniarki na oddziałach. 42-letni dyrektor generalny Royal Care, dostawcy lekarskiej opieki domowej z siedzibą w Brooklynie, jest również wolontariuszem EMT dla Hatzolah, największej ochotniczej karetki pogotowia ratunkowego w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedział na ponad 150 połączeń alarmowych związanych z COVID-19.

– Mam szczęście, jestem zdrowy. To przywilej pomagać w czasach tak wielkiej potrzeby – mówi ten zaangażowany ojciec siódemki dzieci.

Klein mieszka w Borough Park, dzielnicy dotkniętej pandemią. Kiedy jego radio Hatzolah wydaje sygnał dźwiękowy, sygnalizując, że potrzebna jest pomoc w nagłych wypadkach, natychmiast odpowiada, że ​​jest dostępny. Ubrany w fartuch, okulary i rękawiczki wybiega za drzwi.

– Ci ludzie, którzy wezwali karetkę pogotowia, boją się śmierci. Chcę pomóc. Chcę być głosem nadziei, głosem spokoju – mówi.

„Jestem tam, aby słuchać”

Kim de los Reyes, 34-letnia pielęgniarka z Bellevue, widzi COVID-19 nie tylko z linii frontu, ale także poprzez historie setek pielęgniarek, które spotykają się na COVID Couch, prywatnym, cotygodniowym apelu Zoom dla pielęgniarek opiekujących się pacjentami podczas pandemii.

– Jestem tam, by słuchać, pomagać i mieć wpływ – mówi. –bW pielęgniarstwie nie ma czegoś takiego jak „zwykły dzień w pracy”.

Zdaniem de los Reyes kluczem do jak najlepszego działania jest przygotowanie się, dlatego jest wdzięczna za pracę w Bellevue. – Szpital robi wiele rzeczy, by nas wspierać, co pozwala zespołowi zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby ratować ludzkie życie.

To ciężka praca. De los Reyes i jej koledzy w razie potrzeby umieszczają pacjentów pod respiratorami, opiekując się nimi przez całe tygodnie. – Są tacy delikatni. Niektórzy pacjenci umierają. Ale za każdym razem, gdy ktoś jest odłączany od respiratora, rozbrzmiewa piosenka Journey „Don't Stop Believing”.

Czytaj też:
Zakażenie koronawirusem u dzieci nie musi zaczynać się od kaszlu

Źródło: nypost.com
 0

Czytaj także