Cukrzyca to choroba kłamców

Cukrzyca to choroba kłamców

Dodano: 
Michał Figurski
Michał Figurski / Źródło: X-news
Wszyscy zakładają, że regularne wizyty u lekarza wyposażają cię w odpowiednią wiedzę, że ty traktujesz lekarza poważnie i można ci zaufać. Ja nie byłem osobą godną zaufania – mówi Michał Figurski.

Jak się pan czuje?

Doskonale. Paradoksalnie po wylewie, z niedowładem lewostronnym w stopniu lekkim bądź średnim czuję się lepiej niż przed udarem. Wprawdzie chodzę o lasce, ale całkowicie porzuciłem wózek inwalidzki. Jestem w stu procentach samodzielny – prowadzę samochód, mogę odwieźć dziecko do przedszkola, choć to na ogół robi moja partnerka, ale mogę zostać w domu z dzieckiem na wiele godzin, przygotowuję posiłki dla siebie i całej rodziny. Ćwiczę na bieżni, chodzę po schodach, choć wtedy potrzebuję oparcia. Słowem, dziś już wokół siebie zrobię wszystko sam, a przecież nie tak dawno nie byłem w stanie sam się umyć lub ubrać, nie mówiąc o jedzeniu.

Udar był wynikiem nieleczonej cukrzycy?

Był skutkiem wielu lat zaniedbań. Cukrzyca to jest choroba kłamców. Ponieważ nie widać objawów, choroba nie boli, możesz okłamywać rodzinę, przyjaciół, a nawet lekarzy, że wszystko masz pod kontrolą, mierzysz regularnie cukier, bierzesz insulinę, że dobrze się prowadzisz, ćwiczysz, trzymasz dietę. Okłamujesz także samego siebie. Tymczasem cukier w organizmie zachowuje się jak kwas solny i zaczyna powoli pożerać naczynia krwionośne. Główne powikłania cukrzycy to retinopatia, czyli uszkodzenie wzroku, nefropatia, czyli niewydolność nerek i neuropatia, czyli uszkodzenie naczyń krwionośnych. Wpadłem we wszystkie te pułapki. I sam sobie jestem winien.

Dlaczego pan się nie stosował do zaleceń lekarzy?

Zachorowałem w wieku 19 lat na cukrzycę typu 1, czyli insulinozależną. Jedynym lekarstwem są zastrzyki z insuliny, które przyjmowałem przez 25 lat. „Przyjmowałem” można włożyć w cudzysłów, bo robiłem to nieregularnie. Wszystko zaczęło się od objawów, które łatwo pomylić z trybem życia dorastającego chłopaka. Często czułem zmęczenie, miałem ogromne pragnienie. Wypijałem do siedmiu litrów płynów dziennie, w związku z tym cierpiałem na wielomocz. Wszystko kojarzyło mi się z sikaniem, a więc jeździłem z butelką po napoju, żeby przeżyć korki w mieście. Potem zacząłem dużo spać, zrzucając to na karb przemęczenia nauką. Ale gdy spałem do 20 godzin na dobę, rodzice zabrali mnie do szpitala. Diagnoza była natychmiastowa – cukier 600, a norma to jest 100. Nie było wątpliwości, że to cukrzyca.

Jak pan to przyjął?

Niemal od razu pojawił się wielki bunt. Wyparłem to, że jestem chory. Żyłem, jakbym nie miał choroby, jakby jutra nie było. Rodzice ogarniali na tyle, na ile mogli. Ale młody człowiek robi, co chce, chodzi, gdzie chce, je i pije, co chce, i trudno go upilnować. Nikt nie jest w stanie skontrolować, jak się prowadzisz. A prawda jest taka, że gdy jesteś młody, masz to w nosie. Choroba nie pasuje do aktywnego życia studenta. Ogranicza cię, a tobie się wydaje, że świat nie ma przed tobą ograniczeń. Podrabiałem nawet dzienniczek, który ogląda lekarz, wpisując z głowy wymyślone parametry z datą wsteczną. Siadałem przed lekarzem i łgałem, co mi ślina na język przyniesie.

Przyznał się pan na uczelni, że jest chory?

Koledzy coś tam wiedzieli, ale zupełnie nie kumali, o co w tej chorobie chodzi, z czym się ona wiąże. Wiedza na temat cukrzycy jest zerowa. Na tegorocznych Światowych Dniach Cukrzycy, organizowanych przez Polskie Towarzystwo Diabetologiczne, podano najnowsze wyniki badań, które pokazują, że nawet najbliższa rodzina nie ma pojęcia, jakie są dobre cukry u cukrzyka i jak często powinien kontrolować parametry. Wszyscy zakładają, że regularne wizyty u lekarza wyposażają cię w odpowiednią wiedzę, że ty traktujesz lekarza poważnie i można ci zaufać. Ja nie byłem osobą godną zaufania.

Potem przyszła kariera medialna.

Gdy miałem 25 lat, zerwałem się ze smyczy całkowicie. Wyjechałem do Krakowa do pracy w RMF. Wtedy włączyłem tryb nieśmiertelność, carpe diem, hulaj dusza, piekła nie ma, a Kraków temu szczególnie sprzyja – 350 knajp na rynku. Dostałem gwiazdorski kontrakt w radiu, fantastyczną wypłatę. Zero kontroli, balanga trwała. Ostatnią rzeczą na liście były wizyty u lekarza i mierzenie cukru. W pracy oczywiście na początku nie przyznawałem się, że choruję. A zdrowie sypało się coraz bardziej.

Z czego wynikało tak silne wyparcie choroby?

Tu wchodzimy w sferę głęboko psychologiczną. Po latach, w trakcie terapii z psychologiem, okazało się, że uprawiałem notoryczną autodestrukcję. Całe życie byłem gruby i z tego powodu nieszczęśliwy. W klasie maturalnej ważyłem 136 kg, a gdy jechałem do Krakowa – zaledwie 63 kg. Wszyscy, którzy dopiero mnie poznali, myśleli, że jestem chuderlak i szczapa, a to już była moja destrukcja, tak wyżarła mnie cukrzyca. Tyle że ja poczułem się w końcu jak laseczka. Wystąpił dziwny mechanizm – nie chciałem wrócić do dobrego prowadzenia się, bo wiedziałem, że to będzie oznaczało powrót do poprzedniej wagi. Poza tym w radiu prowadziłem audycję, w której wyżywałem się na wszystkich, szydziłem, głośno śmiałem się z cudzych słabości. Nie chciałem wyjawić, że też mam słabość, że jestem chory, bo bałem się kontrataku. Ludzie mówiliby: jakim prawem ten koleżka śmieje się z każdego, przecież sam jest ułomny. Wiadomo, jak działa świat show-biznesu – nie chciałem czytać na Pudelku ani w brukowcach o swojej chorobie, choć ostatecznie i tak przeczytałem. Jakiś paparuch zrobił mi zdjęcia pod dializami. Po udarze też mi zrobili zdjęcie, jak leżę nieprzytomny podpięty do kabli.

W końcu pojawiła się refleksja?

Tak, ale było za późno. Już widziałem, że jest źle, zacząłem źle widzieć, traciłem czucie w stopach. Były bardzo poważne sygnały, ale to wszystko trzymałem w ukryciu. Pomyślałem kiedyś przerażony: już sam sobie nie pomogę. Ale po pomoc nie poszedłem. Płynąłem dalej, nie myśląc, co będzie jutro.

Ale miał pan rodzinę, żonę, córkę. Czy one nie miały na pana wpływu?

Nikt nie mógł nade mną zapanować. Mam silny charakter, byłem trudny i oporny. Mówiłem, że wyleczę się sam, oszukiwałem siebie i wszystkich. Nie pozwalałem się wtrącać w moje, jak mi się wydawało, sprawy. Wsparcia może udzielić ktoś, kto wie, że jest ci potrzebne. A jeśli budujesz wokół wysoki mur i nie dopuszczasz nikogo, to trudno wymagać od rodziny, że na siłę będzie w ten mur walić głową.

Czy z czasem się pan opamiętał?

Tylko na chwilę, kiedy ciało powiedziało „stop”, nerki odmówiły współpracy i wylądowałem na dializach. Przestraszyłem się, przyjąłem dializy z pokorą. Wiąże się to z ogromnym bólem, wycieńczeniem i potworną stratą czasu. Zacząłem się pilnować, ale już było za późno. Przyjmowałem leki, insulinę, ale nie pozwalałem sobie na odpowiedni wypoczynek. Mój dzień wyglądał następująco: rano jechałem do radia, potem prowadziłem własną firmę producencką, wieczorem jeszcze miałem program na żywo w telewizji. Wracałem po północy, podłączałem się do dializ na 10 godzin, bo po pewnym czasie dializator miałem w domu, budziłem się i znowu zaczynałem pracę. Nie przyszło mi do głowy, że choroba może ograniczać moją pracę. Taki tryb zapieprzania zabiłby zdrowego człowieka, a co dopiero organizm skrajnie osłabiony wieloletnią chorobą i dializami. Nic dziwnego, że nadszedł udar. I życie się zmieniło.

Co dokładnie się zmieniło?

Zasnąłem w jednej rzeczywistości, obudziłem się w zupełnie innym świecie, w którym nie mogę chodzić, ruszać ręką, twarz mam zdeformowaną. Zaczęło się niewinnie – czułem się słabo, myślałem, że to przeziębienie, bolały mnie mięśnie i stawy, byłem roztrzepany. Na drugi dzień miałem jechać do Zakopanego i traktowałem ten plan bardzo poważnie, ale wieczorem samopoczucie było już fatalne. Odwołałem wyjazd, nałykałem się leków na grypę i poszedłem do łóżka. W nocy obudziłem się w szoku, bo wydawało mi się, że czyjaś ręka leży obok mnie w łóżku. To była moja ręka, ale ja jej nie czułem. Miałem kiepskie czucie w nodze. W miarę dobrze mówiłem, pamięć była bez szwanku, ale sepleniłem, twarz była niewładna. Wysłałem SMS do swojej lekarki, że coś jest nie tak, że dziwnie się czuję. Już nie odczytałem odpowiedzi. Przyjechało pogotowie. Obudziłem się dwa tygodnie później.

I co?

I dramat. Gdy się wybudziłem ze śpiączki farmakologicznej, zacząłem strasznie krzyczeć. Podobno pozrywałem wszystkie kable, wyrwałem wenflon. Byłem w szale. Pani lekarka powiedziała do mnie, żebym się nie darł, bo nie jestem w telewizji. Musiałem poradzić sobie z sytuacją i z samym sobą, a to było najtrudniejsze. Polska służba zdrowia nie przewiduje pomocy i wsparcia psychologa, a chyba w takim momencie ono przydaje się najbardziej. Człowiek po udarze, również z powodów fizjologicznych, jest nastawiony bardzo agresywnie do środowiska i siebie samego. Jest pogrążony w bólu, cierpieniu, czuje się potwornie samotny, bezradny. Później rehabilitanci wiedzieli, jak zaszczepić we mnie chęć do życia i działania. Wiele miesięcy spędziłem w kolejnych placówkach, gdzie byłem rehabilitowany, aż w końcu przeszedłem na rehabilitację domową. Codziennie wykonuję ćwiczenia. Muszę ćwiczyć rękę, idzie całkiem dobrze, bo wcześniej wisiała bezwładnie jak sznurek. W domu też nie używam laski.

Przeszedł pan także przeszczep nerki i trzustki.

Rok po udarze poddałem się operacji. Do przeszczepu byłem zakwalifikowany od dawna, w kolejce czekałem dwa lata, bo choć zdarzały się okazję, nie byłem gotów. Przy takiej operacji nie ma mowy o jakimkolwiek osłabieniu organizmu, trzeba być absolutnie zdrowym, lekki katar czy zadrapanie dyskwalifikuje. A więc kilka razy byłem odrzucony, bo mój stan fizyczny lub psychiczny dobrze nie rokował. Ale w końcu się udało, choć przeszczep trzustki to wciąż rzadkość i wielkie ryzyko. Wielu lekarzy i diabetologów odradzało mi tę operację. Ale kiedy przez 25 lat zmagasz się z chorobą i stoisz przed perspektywą pozbycia się jej – ryzykujesz. Wizja dożywotnich dializ i kilkunastu strasznie bolesnych zastrzyków dziennie jest gorsza niż śmierć. Wszystko się udało, szczęśliwie pozbyłem się i dializ, i choroby. Dziś mam fantastyczne wyniki, widzę na kartce z badaniami wszystkie wartości w normie, choć przez całe życie widziałem tylko strzałki w górę i w dół.

Zawdzięcza to pan dawcom organów. Jaki jest pana stosunek do bycia dawcą?

W kolejce do mojego lekarza stoi codziennie kilkadziesiąt osób. Wszyscy dostali narząd i drugą szansę. Gdyby nie dawcy narządów, byłaby armia ludzi martwych. Pytanie, czy warto być dawcą organów, to tak naprawdę pytanie, czy warto ocalić człowieka. Organ naprawdę ratuje życie.

Czy popularność pomogła w procesie leczenia czy zaszkodziła?

To popularność sprawiła, że się skrajnie zaniedbałem i ukrywałem przed światem chorobę. Gdy zacząłem jasno mówić o sobie i leczeniu, słyszałem głosy, że chcę się wylansować na cukrzycy. Jak idę ulicą o lasce, choć już teraz chodzę w miarę żwawo, za plecami słyszę – patrz, to ten, zobacz, jak skończył, jak teraz wygląda.

A ludzie nie życzą panu zdrowia, nie przybijają piątki?

Serdeczne uśmiechy, miłe gesty i życzenia też się zdarzają i są szczególnie pokrzepiające. Ale są to niestety nieliczne przypadki wobec wgapionych oczu i teatralnych szeptów. Syn mnie ostatnio spytał, dlaczego tak dużo ludzi się na mnie patrzy. Odpowiedziałem, że dlatego, iż mnie znają, że pracuję w radiu, a nie dlatego, iż chodzę o lasce, choć czasem sam nie wiem, co jest powodem. W każdym razie syn w przedszkolu powiedział, że jak dorośnie, będzie chodził o lasce, jak tata.

A jak na wieść o chorobie, udarze, przeszczepie zareagowało środowisko show-biznesu?

Nie zareagowało. W dzisiejszym świecie, a zwłaszcza w wielkim świecie show-biznesu, nie ma miejsca na słabości. Na Instagramie wszyscy są piękni, szczupli, smagli, bogaci i wysportowani. Gdzie do tego pasuje choroba? Nie warto się nad nią nawet zastanawiać. Nigdy nie miałem przyjaciół ze świata showbizu. Nie zawiodłem się na nikim, bo niczego się po nikim nie spodziewałem. Ci, którzy zaliczali się do moich przyjaciół, nimi pozostali. Tymczasem ja przewartościowałem wiele rzeczy, dziś praca jest dla mnie sposobem na zarabianie pieniędzy, a nie sposobem na życie i budowanie swojego wizerunku. Bardzo często fałszywego, ale o tym chyba nikomu nie trzeba mówić.

Planuje pan wydanie książki o swojej chorobie.

Długo się przed tym wzbraniałem, bo wydawało mi się, że by napisać książkę, trzeba umieć pisać. Ja jestem człowiekiem radia i trochę telewizji. Moje pisanie to jedynie epizody, rubryki w czasopismach. Ale gdy wróciłem do żywych i odpaliłem komputer, zobaczyłem, co się dzieje na Facebooku. Były tam setki wiadomości, wiele od osób chorych lub takich, którzy przeszli udar, ich członków rodzin, życiowych partnerów. Pytali o rady, zwierzali się. Zdałem sobie sprawę, że jest dla kogo tę książkę napisać. Tak się przykro składa, że ludzie z tzw. świecznika są jakimś autorytetem. Niestety, bo ja autorytetem być nie powinienem, nie warto mnie naśladować. Poza tym myślę, że cała ta historia to także forma mojej autoterapii. Chyba muszę to wszystko z siebie wylać i rozliczyć się sam przed sobą.

Niedługo też ruszy pana fundacja „Najsłodsi”. Komu ma pomóc?

Do tej pory nie było fundacji kierowanej głównie do młodych osób. A ja na swoim przykładzie wiem, że trzeba dotrzeć do młodzieży, bo oni najgorzej radzą sobie z przyswojeniem myśli o chorobie. Młodzi ludzie nie wpisują w swój kalendarz edukacji ani profilaktyki związanej z cukrzycą. Chcą żyć, bawić się, a choroba przecież im w tym przeszkadza, więc lepiej udawać, że jej nie ma. Lekarze też nie umieją rozmawiać z młodzieżą. Mówią: jest pan, pani jeszcze młoda, proszę wziąć się za siebie. Nastolatek pokiwa głową, potem pójdzie na piwo, tańce, po drodze zje fast food i zarwie kilka nocy z rzędu. Nie ma czasu na chorowanie. Ja chcę pomóc właśnie takim dzieciakom. Chcę stworzyć infolinię, gdzie będą mogli się wypłakać, ponarzekać na ciężki los młodego cukrzyka. Chcę szerzyć wiedzę o cukrzycy, bo większość ludzi w ogóle nie wie co i jak. Jak mówisz rak, wszyscy wiedzą o co chodzi. Uruchamiają się lęk, strach, współczucie. Jeśli mówisz cukrzyca, to może komuś zaświta w głowie hasło insulina, to wszystko. A ja chcę przełamać konwenanse, mówić o chorobie inaczej, w języku zrozumiałym dla młodzieży, żeby dzieciaki nie musiały ze wstydem ukrywać swojej choroby.

Pan w końcu też niczego nie ukrywa. Czy to ulga?

Ogromna. Paradoksalnie chyba nigdy nie byłem aż tak szczęśliwy jak teraz. Stoję twardo, obiema nogami, na ziemi. Realizuję się zawodowo i prywatnie, mam fantastyczny związek, wsparcie i ogromną siłę. Mam wspaniały dom, jasne perspektywy i dobrą codzienność. Los był dla mnie na tyle łaskawy, że dał mi drugie, nowe życie. Chyba naprawdę „The sky is the limit” [możliwości i marzenia są nieograniczone, ang. idiom – red.]. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Ankieta: Czy masz cukrzycę?
Okładka tygodnika WPROST: 47/2018
Więcej możesz przeczytać w 47/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0