Agnieszka Passendorfer: Wierzę, że przez asany docieramy do naszych lęków i słabości
Materiał partnera

Agnieszka Passendorfer: Wierzę, że przez asany docieramy do naszych lęków i słabości

Dodano: 
„Medytacja. Odkryj swój sposób na uspokojenie umysłu i ciała” Agnieszka Passendorfer
„Medytacja. Odkryj swój sposób na uspokojenie umysłu i ciała” Agnieszka Passendorfer Źródło: Wydawnictwo Sensus
W świecie przebodźcowania, perfekcjonizmu i chronicznego napięcia coraz częściej szukamy prostych recept na spokój umysłu. Agnieszka Passendorfer, doświadczona nauczycielka jogi, autorka książek o medytacji i uważności, przekonuje jednak, że joga to nie droga do idealnych pozycji ani natychmiastowego relaksu, lecz uczciwa praktyka spotkania z sobą. W rozmowie z Wprost.pl opowiada o tym, jak przez asany dociera się do emocji, dlaczego medytacja jest treningiem odporności psychicznej, a nie terapią, a także czemu „wyluzowanie” bywa ważniejsze niż dyscyplina.

Kiedy zaczęła się Pani przygoda z jogą i jak przez lata ewoluowało Pani podejście do tej praktyki? Co dziś powiedziałaby Pani sobie sprzed dwudziestu lat – osobie rozpoczynającej tę drogę?

Dwadzieścia lat temu byłam już średnio zaawansowaną joginką, zaczęłam trzydzieści dwa lata temu! Zawsze wiedziałam, że chcę „robić jogę”, i nigdy nie zmieniłam zdania – chociaż zdarzały mi się czasem przerwy. Na początku traktowałam ją jako sposób na to, by przez ciało dotrzeć do umysłu. Chciałam być spokojniejsza, bez ciągłych huśtawek nastrojów, bez dram, bez depresji. Nadal podobnie patrzę na jogę – wierzę, że przez asany docieramy do naszych lęków, słabości, ale też zasobów i dzięki temu się rozwijamy.

Przy czym po drodze – być może było to dwadzieścia lat temu, choć raczej dziesięć – doświadczyłam totalnego zgubienia w formie. Wydawało mi się, że najważniejszy jest wygląd pozycji, a nie odczucia w niej, oddech i koncentracja. Byłam wtedy bardzo ambitna i rywalizowałam – sama ze sobą, z osobami na matach obok. Byłam zazdrosna, kiedy ktoś coś robił w moim odczuciu lepiej, i zrozpaczona, jeśli coś mi nie wychodziło. To na szczęście minęło. I nawet obyło się bez kontuzji. Tej bardziej nastawionej na efekt wersji siebie powiedziałabym więc: „Wyluzuj, cokolwiek zrobisz na macie, jest OK. Samo to, że na niej stoisz, to już bardzo, bardzo dużo”.

Agnieszka Passendorfer

Od wielu osób można usłyszeć takie zdanie: „Nie umiem medytować, bo nie potrafię przestać myśleć”, „Próbowałam, ale gonitwa myśli nie daje mi spokoju”. Co ta frustracja mówi o kondycji psychicznej współczesnego człowieka oprócz tego, że jesteśmy przebodźcowani?

Wszyscy myślimy. Mamy mózgi po to, by myśleć. Nie możemy przestać myśleć na zawołanie. Tak jak nie potrafimy zatrzymać na zawołanie bicia serca czy trawienia. Możemy zrobić krótką przerwę w oddechu, ale w myśleniu chyba nawet tego nie. Jesteśmy istotami myślącymi i nie ma co się przed tym bronić. Jeżeli jednak gonitwa myśli nie daje nam spokoju, możemy ją przekierować na inny tor. Jeśli to będzie tor z przeszkodami, na przykład z liczeniem oddechów czy mantrą, to myśli zwolnią, zmienią temat.

To, że ktoś ma gonitwę myśli, nie znaczy, że nie umie medytować, a już na pewno nie oznacza, że nie może zacząć. Tak jak nadwaga nie jest pretekstem do tego, żeby się nie odchudzać. Owszem, osoba z nadwagą do tej pory być może nie umiała schudnąć, ale może podjąć kolejną próbę. I tak jak nie zrzucimy w jeden dzień nadwyżki kilogramów, zgromadzonych przez lata, tak nie nauczymy się długich, wyciszających medytacji w jeden dzień po latach zaniedbywania higieny psychicznej. Ale od czegoś trzeba zacząć. I może w tym sensie dobrze, że jesteśmy przebodźcowani i sfrustrowani, bo może ten stan obudzi w nas chęć zmiany.

Czy w dzisiejszym świecie większym problemem jest nadmiar bodźców, czy nieumiejętność bycia sam na sam ze sobą w zupełnej ciszy, nawet przez kilka minut?

Na nadmiar bodźców nie za wiele możemy poradzić. One są. To bombardowanie informacjami, kolorami, światłem, hałasem. Reklamy wołające o uwagę, wyskakujące znienacka powiadomienia. Możemy ich unikać i oczywiście róbmy to. Szukajmy wytchnienia w naturze, limitujmy sobie dostęp do internetu, chowajmy się przed ludźmi, którzy nas drenują. Jednak świat raczej nie będzie nam bardziej przyjazny. Jest, jaki jest, a nie taki, jaki chcielibyśmy, żeby był. Trzeba nauczyć się w nim żyć. Na szczęście mamy narzędzia, by sobie to życie umilić i ułatwić – medytacja jest jednym z nich.

Jeśli chodzi o bycie sam na sam ze sobą w ciszy – czyżbyśmy naprawdę tego nie umieli? Bywamy ze sobą w ciszy. Tuż przed zaśnięciem. Zaraz po wstaniu. Przy myciu zębów. Niektórzy wychodzą z psem na spacer, inni w ciszy czekają, aż czajnik zagotuje wodę. Owszem, to nie jest kompletna cisza, czajnik szumi i słychać tuptanie psich łap po ścieżce, ale przecież świat nie jest cichy. Natura nie jest cicha. Nawet jeśli zatkamy uszy, usłyszymy szum krwi w żyłach czy własny oddech. Cisza absolutna nie jest nam więc niezbędna. Jak najbardziej potrafimy też być sam na sam ze sobą. Może nie za długo, ale kilka chwil na pewno. Myślę, że jeśli coś się w ostatnich czasach pogorszyło, to raczej umiejętność bycia z ludźmi. Organizuję warsztaty wyjazdowe od wielu lat. Po pandemii zdecydowanie wzrosła liczba osób, które przy rezerwacji miejsca zastrzegają, że chcą mieć jedynkę. Nie potrafią zaakceptować drugiej osoby w tym samym pokoju.

W sieci często pojawia się pytanie, czy medytacja może pogorszyć samopoczucie. Kiedy takie ryzyko jest realne? Kiedy jest to ważny sygnał, którego nie warto zagłuszać?

W czasie medytacji mogą się pojawić wspomnienia, możemy również pewne wydarzenia zobaczyć jaśniej, w szerszym kontekście. Na przykład olśni nas, dlaczego jakaś osoba coś powiedziała, tak czy inaczej wobec nas postąpiła albo co mogliśmy zrobić, a nie zrobiliśmy. Wraz z tym olśnieniem mogą się pojawić emocje – smutek, złość, poczucie winy, ale też ulga i współczucie. Po co to zagłuszać? Lepiej z tym chwilę pobyć, poczekać, aż te uczucia wybrzmią albo zamienią się w chęć działania – na przykład przeproszenia kogoś. Nawet jeśli to właśnie uważamy za „pogorszenie samopoczucia”. Zagłuszanie rzadko kiedy przynosi dobry efekt na dłużej. Emocje wracają i prędzej czy później trzeba się nimi będzie zająć.

Oczywiście są osoby, które nie powinny medytować bez konsultacji z lekarzem. Mam na myśli te, które miały w swoim życiu epizody psychotyczne, u których pojawiają się silne stany lękowe wywołane na przykład niedawną traumą albo które chorują na ciężką depresję – w tym wypadku każde pogorszenie samopoczucia wymaga kontaktu ze specjalistą zdrowia psychicznego. Medytacja nie jest terapią.

Pisze Pani o medytacji jako o treningu odporności, a nie technice relaksacyjnej. Jak zmienia się praktyka, gdy przestajemy oczekiwać, że ma nam być miło i przyjemnie?

Medytacja to jedno, a relaksacja to drugie. Czasem się łączą, bo to nie są jakieś bardzo odległe metody. Niektórych narzędzi można używać do wielu celów – tak jak widelcem możemy ubić pianę z białek, jeśli nie mamy miksera czy trzepaczki. Jeśli komuś zależy na tym, by szybko się zrelaksować, można to zrobić również za pomocą medytacji. Dla mnie jednak bardziej atrakcyjne są długofalowe efekty praktyki, czyli odporność psychiczna. Regularne medytowanie przygotowuje nas lepiej do życia i jego różnych aspektów – także trudnych.

Jak by Pani opisała medytację osobie, która uważa, że praktyka uważności jest „niemodna” lub „niepraktyczna” w życiu codziennym? Czy medytacja może się stać naturalnym elementem dbania o zdrowie psychiczne?

Praktyka uważności pozwala przeżyć życie pełniej. Uważne jedzenie pozwala lepiej poczuć smak. Uważne uprawianie sportu pomaga uniknąć kontuzji. Uważne zakupy ubraniowe sprawiają, że potem zawsze mamy się w co ubrać. Uważne dysponowanie czasem pozwala zachować energię na to, co naprawdę się dla nas liczy. Uważny oddech pozwala trenować uważność we wszystkich dziedzinach. Jeśli to dla kogoś niepraktyczne lub niemodne, to nie przekonam go, że jest inaczej. Każdy ma swoje życie i swój na nie sposób – ja akurat wolę pewne rzeczy robić uważnie, nie na autopilocie.

Medytacja to siódma z ośmiu gałęzi jogi według Patańdżalego – czy możliwe jest osiągnięcie pełnego skupienia w czasie medytacji bez wprowadzenia w życie wcześniejszych ścieżek?

Tak, to możliwe – pod warunkiem że jest coś takiego jak „pełne skupienie”. Joga według Patańdżalego nie jest jak schody czy drabina. Wszystkie gałęzie jogi praktykujemy jednocześnie. O co właściwie chodzi z tym „pełnym skupieniem”? Kto to niby ma ocenić, czy skupiamy się w pełni lub nie w pełni? I czy to „nie w pełni” na pewno jest do niczego?

Wiele osób się zastanawia, czy medytacja może zastąpić terapię. Jak odpowiedzieć uczciwie, nie odbierając tej praktyce sensu, ale też nie robiąc jej krzywdy fałszywymi obietnicami?

Nie, medytacja nie może zastąpić terapii. To są dwie różne techniki. Jeśli ktoś potrzebuje terapii – to potrzebuje właśnie jej, nie medytacji. Inna sprawa, że nie wszyscy potrzebują terapii. Czasem na ten dyskomfort, który czują, którego natychmiast chcą się pozbyć, pomaga coś innego – przyjaźń, zmiana diety, medytacja, więcej snu, ruch. Poza tym nie każdego dyskomfortu trzeba się pozbywać. Dyskomfort jest częścią życia. Nie wszystko trzeba – czy też można – w nim przeterapeutyzować, przemedytować, wyleczyć.

Z perspektywy lat pracy z ludźmi: co częściej blokuje proces zmiany – brak systematyczności czy zbyt wygórowane oczekiwania wobec siebie, perfekcjonizm?

To drugie. Perfekcjonizm i zbyt wygórowane oczekiwania wobec siebie przynoszą więcej strat niż zysków. Na przykład szukamy owego wspomnianego wyżej „pełnego skupienia” i pojawia się w tym tyle stresu i napięcia, że o rozwoju nie ma mowy. Pozytywne zmiany wymagają względnie bezpiecznych warunków, a nie wewnętrznego czy zewnętrznego superkrytyka. Brak systematyczności to przynajmniej jakiś początek. Są osoby, które praktykują zrywami, robią taką binge-jogę czy binge-medytację. To już coś. Lepiej niesystematycznie niż wcale.

Jak Pani myśli – bazując na swoim doświadczeniu w pracy z uczniami – czy oni często praktykują jogę poza matą? A może wystarcza im doświadczenie fizyczne związane z asanami?

Niektórzy traktują jogę jak sport albo jak korektywę – i to jest OK. Inni praktykują też poza matą, na przykład jamy i nijamy, czyli etyczne zasady jogi – i super. Ci pierwsi wcale nie muszą być gorszymi ludźmi, po prostu biorą z jogi to, co teraz jest im potrzebne. Możliwe, że po kilku miesiącach czy latach praktyki będą chcieli dowiedzieć się czegoś o filozofii, a może i nie. To też jest w porządku.

W swoich poprzednich publikacjach odwołuje się Pani się do jam i nijam, etycznych zasad jogi. Jak ich praktyka wpływa na naszą psychikę i relacje z innymi?

Lepiej być osobą dobrą i uczciwą, bo wtedy łatwiej jest lubić siebie. A gdy się lubi siebie, łatwiej się żyje z samym sobą – i z innymi też. Łatwiej wcale nie musi oznaczać, że łatwo, niektóre wybory etyczne są bowiem nieintuicyjne, wymagają dużej rozwagi, czasem i odwagi, ale dzięki jamom i nijamom przynajmniej wiemy, w którą stronę mniej więcej podążać.

Gdyby miała Pani zostawić czytelników z jedną ważną myślą na temat medytacji i zdrowia psychicznego – ale nie obietnicą, tylko drogowskazem – co by to było?

Małe przyzwyczajenia i codzienne rytuały przynoszą lepszy efekt niż okazjonalne wielkie zrywy. Ale te przyzwyczajenia i codzienne rytuały trzeba czasami sprawdzać i aktualizować. Czy nadal mi służą? A może coś zmienić? Coś odrzucić? Coś dodać?

Link do książki:
https://sensus.pl/ksiazki/medytacja-odkryj-swoj-sposob-na-uspokojenie-umyslu-i-ciala-agnieszka-passendorfer,medytu.htm
Źródło: Wydawnictwo Sensus