Szczere wyznanie byłej policjantki. „Zawsze na koniec pracy była flaszeczka do rąbnięcia”

Szczere wyznanie byłej policjantki. „Zawsze na koniec pracy była flaszeczka do rąbnięcia”

Dodano: 
Flaszka wódki
Flaszka wódki / Źródło: Pixabay / ArtNar
Od 22 lat jest niepijącą alkoholiczką. Jak sama przyznaje, jej kłopoty z alkoholem zaczęły się, gdy zaczęła pracować w policji, w dochodzeniówce. – Miałam 20 lat z hakiem i tam było wielu kumpli do picia. Nikt za to nie karcił ani nie karał. Mało tego, komendanci pili razem z nami. Piło się tam dużo, bardzo dużo, a przede wszystkim było na to przyzwolenie – wyznaje Lucyna.

Historię Lucyny opisała reporterka Magda Omilianowicz w książce „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki”. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Mova przedpremierowo publikujemy jej fragmenty.

Lucyna, alkoholiczka, trzeźwa od 22 lat

Nie umiem powiedzieć, kiedy się uzależniłam, i myślę, że żaden alkoholik nie potrafi wskazać tego momentu, bo granica między tym, kiedy wydaje ci się, że pijesz towarzysko, a uzależnieniem jest dość płynna. Nie da się tego uchwycić, nie ma punktu granicznego. Bo czy liczyć od ekscesu, kiedy człowiek pierwszy raz upije się do zerwania filmu? Chyba nie, bo nieuzależnieni ludzie też potrafią wypić więcej i alkohol czasem im zaszkodzi. Jednego jestem pewna – praca w policji zdecydowanie pomogła mi trwać w nałogu, choćby ze względu na to przyzwolenie.

Jak godzi się pracę z piciem? Jakoś się godzi, bo nie pijesz od samego rana. Albo pijesz, ale tylko piwo. Pamiętam, że przesłuchiwałam faceta podejrzanego o kradzież, takiego drobnego pijaczka. Miałam go gdzieś i w trakcie przesłuchania popijałam szklaneczkę wódki z colą. Na to wszedł mój kolega i zabrał mi tego gościa, bo zerknął na spisywane przeze mnie zeznanie i zobaczył, że tak bazgrzę, że w ogóle nie widać, co piszę.

Wszyscy byliśmy solidarni i kryliśmy się nawzajem. Zresztą właściwie nie musieliśmy się specjalnie z tym piciem kryć, skoro piliśmy z przełożonymi. Nasz komendant po pijaku sturlał się ze schodów. Drugi latał pijany po korytarzu z odbezpieczonym pistoletem, na szczęście chłopaki go obezwładnili. Działy się wtedy na naszej komendzie rzeczy dziwne – i podejrzewam, że nie tylko na naszej. Jak mieliśmy dyżury i jeździliśmy na zdarzenia w całej dzielnicy, to w trakcie oczywiście nie piliśmy, ale zawsze na koniec pracy była flaszeczka do rąbnięcia.

Nie piłam dlatego, że miałam trudne dzieciństwo, nie mam żadnej traumy z tamtego czasu. Moje dzieciństwo było dobre. Nie jestem z rodziny alkoholowej, w moim domu alkohol pojawiał się okazjonalnie, przy różnych imprezach. Kiedy po latach terapii, warsztatów i innych zajęć przemyślałam, skąd to moje picie się wzięło, doszłam do wniosku, że bardzo chciałam być dorosła. Wydawało mi się, że jak będę piła i uprawiała seks, to wtedy będę dorosłą wyzwoloną kobietą. Moi rodzice traktowali mnie – najmłodszą z trójki rodzeństwa – jak wieczne dziecko, zwłaszcza tata. Byłam jego malutką dziewczynką, jego Lusią. Nawet jak w wieku dziewiętnastu lat wyszłam za mąż, potem urodziłam dziecko i szybko się rozwiodłam, dla ojca wciąż byłam małą Lusią. Do końca życia moich rodziców mieszkałam z nimi.

W terapii jest często tak, że ty mówisz, że miałaś dobre dzieciństwo, a terapeuta psuje ci ten obraz, bo okazuje się, że to dzieciństwo wcale nie było zdrowe. Ja się śmieję, że nie pozwoliłam terapeucie zepsuć mojego dzieciństwa. Doskonale wiem, jakie błędy popełnili moi rodzice, i wiem, że one wynikały z miłości. Nadopiekuńczość ojca też była formą przemocy, ale absolutnie nie mam o to żalu i nie muszę tego przepracowywać na terapii.

Byłam taka równa, wyluzowana mamuśka

Jako nastolatka nie piłam, bo ani mnie picie nie bawiło, ani alkohol mi nie smakował. Szybko wyszłam za mąż i szybko wróciłam, bo mąż zostawił mnie z małym dzieckiem dla kochanki starszej od niego o trzynaście lat – a byliśmy z tego samego rocznika. Był we mnie wtedy wielki żal, niespełnienie, bo w tym wieku wydaje się człowiekowi, że partner będzie go kochał do końca dni. To bolało i bardzo wpłynęło na moje życie, stosunek do mężczyzn i do miłości.

Kiedy zaczęłam ostro popijać, moi rodzice chyba nie do końca zdawali sobie sprawę, co się ze mną dzieje. Mama zachorowała na raka i dość wcześnie odeszła. Kiedy się nią opiekowałam, bardzo ograniczyłam picie, bo wtedy jeszcze potrafiłam ograniczać. Z kolei jak mama odeszła, to z rozpaczy mój tata zaczął pić, ale to nie miało żadnego wpływu na moje picie, bo ja już wtedy byłam rozkręcona. Piłam z tatą i to mi pasowało. Później tata zachorował na alzheimera i nim też się opiekowałam, ale to inna historia, bo wtedy już nie piłam, już byłam w terapii.

Gorzej było z moją córką, bo piłam przez całe jej dzieciństwo aż do dorosłości. Córka była już na studiach, kiedy przestałam. Jako dziecko nie zdawała sobie sprawy, że mama pije. Kiedy była nastolatką, to ja z kolei byłam fajną, rockandrollową i rozrywkową mamą, która zabierała dzieciaki na koncert i tańczyła pogo. Jak miałam je pod opieką, pilnowałam się i nie piłam. Rówieśnicy córki mnie lubili, bo chodziłam z nimi na imprezy i u nas też były imprezy. Byłam taka równa, wyluzowana mamuśka.

Pamiętam ten dzień, kiedy córka pierwszy raz zwróciła uwagę na moje picie. Była już wtedy na studiach. Miałam wódkę w zamrażalniku, w lodówce. Szłam do kuchni, wyjmowałam wódkę, brałam łyka i chowałam. I ona w pewnym momencie, jak byłam w kuchni, weszła i powiedziała: „Ja nie jestem ani taka głupia, ani taka ślepa, jak ty myślisz”. To był pierwszy sygnał z jej strony, że widzi, że wie, bo w domu nie było żadnych ekscesów, tylko ja coraz częściej na bani. Jej reakcja spowodowała wstyd, to oczywiste, ale przede wszystkim złość, że się mnie czepia.

Kolejna sytuacja zdarzyła się po moich imieninach, trzydziestego czerwca. Pierwszego lipca ma imieniny moja przyjaciółka Halina. Zaczęłyśmy pić w moje święto, kolejnego dnia opijałyśmy Halinkę i dzień po tym piwkowałyśmy. W pewnym momencie moja córka spakowała walizkę i zamówiła taksówkę.

– A ty gdzie? – zapytałam, sącząc piwo.

– Wyprowadzam się, bo pijesz.

I wyprowadziła się z domu. Pojechała do ojca, co jeszcze bardziej mnie zabolało. Przestałam wtedy pić na jakieś dwa miesiące, ale znowu zaskoczyłam. Kiedy poszłam na terapię, potrzebowałam roku, żeby zrozumieć, że to nie córka zrobiła mi krzywdę. Tak silny jest mechanizm wyparcia i zakłamania u osoby pijącej. Gdyby czynny alkoholik mógł świadomie zdać sobie sprawę, jak bardzo krzywdzi swoich bliskich, toby się powiesił.

Droga do trzeźwości

Nie jest łatwo poradzić sobie z tym na trzeźwo. Ja nie piję 22 lata i nie mogę powiedzieć, tak z ręką na sercu, że całkowicie pozbyłam się poczucia winy. Oczywiście bardzo dużo przepracowałam, bardzo dużo rozmów odbyłam z moją dorosłą córką i ona mówi, że nie ma do mnie żalu. Znowu mieszkamy razem, pojawiły się wnuczki, mamy dobre relacje, ale czasami dzieje się coś takiego, że nagle „pyk” i aż mi się robi gorąco z poczucia winy. Potrafię o tym mówić, potrafię się do tego przyznać i swoją dzisiejszą postawą, tym, jak żyję od wielu lat, staram się – jak to się mówi w AA – zadośćuczynić. Chociaż ja tak tego nie nazywam, bo myślę, że nie da się zadośćuczynić. To, co zrobiłam, to zrobiłam. Nie wygumkuję tego, ale gdybym cały czas do tego wracała, to nie poszłabym naprzód. Mam świadomość, że zrobiłam ogromną krzywdę mojemu dziecku. Drugi raz nie przeżyję jej dzieciństwa, ale dzisiaj mogę być dla niej najlepszą matką na świecie. I jestem najlepszą babcią dla moich wnuczek, które nigdy nie widziały mnie pod wpływem ani nigdy nie poczuły ode mnie alkoholu.

Moja córka nie była na terapii. Podjęła jakąś próbę, ale zrezygnowała, nie chciała. Natomiast rozmawiamy ze sobą o wszystkim. U nas nie ma tematów tabu. Czasami się o coś posprzeczamy, bo wiadomo, jak jest, kiedy dwie baby plus zięć mieszkają razem. Zdarza się, że obie się popłaczemy, poprzytulamy i powiemy sobie, że się kochamy. Bo kochamy się bardzo.

Moja droga do trzeźwości to na początku były same porażki. Kiedy mnie samej zaczęło się wydawać, że za dużo piję, podejmowałam jakieś próby niepicia, ale dość szybko zapijałam. Poszłam się leczyć, bo wydawało mi, że chcę się leczyć, ale to jeszcze nie był ten moment, bo tak naprawdę chciałam pić dalej. Poszłam do ośrodka, żeby dowiedzieć się, jak to działa, gdzie odbywają się mityngi, ale z tego też nic nie wyszło. Nie uznaję tego za żadną próbę trzeźwienia, bo piłam przez kolejne trzy lata.

Mówi się, że alkoholik, żeby przestał pić, musi osiągnąć swoje dno. Moje dno było takie, że opiekowałam się tatą chorym na alzheimera. Córka wyjechała, ja byłam z tatą sama. To była Wielkanoc i mieliśmy z siostrą i szwagrem pojechać na cmentarz, na grób mamy. Oni mieli przyjechać po mnie i tatę. A ja wstałam rano i stwierdziłam, że nie jestem w stanie, tak źle się czułam. Zadzwoniłam do siostry i powiedziałam: „Przyjedźcie, zabierzcie tatę, ale ja nie dam rady jechać”. Potem poszłam do łazienki, stanęłam przed lustrem i wszystkie najbrzydsze wyrazy, jakie znałam, a znam ich dużo, mówiłam, patrząc sobie w twarz. I nawet teraz, jak ci to opowiadam, po 22 latach trzeźwości, to wspomnienie ściska mnie za gardło.

Kiedy przyjechała siostra i spojrzała na mnie z odrazą, powiedziałam jej: „Krysiu, ty nic nie mów, bo ja już to wszystko sama sobie powiedziałam”. Z kolei szwagier, z którym piliśmy razem wielokrotnie, zaśmiał się i poradził: „Lucyna, jak się źle czujesz, to walnij lufę!”. Ale odpowiedziałam mu tylko: „Już nie! Już nie!”.

Zabrali tatę, pojechali z nim na cmentarz, a ja cały dzień leżałem. Telepało mną jak przy ciężkiej grypie. Trochę to trwało, ale na szczęście nie miałam delirium. Pamiętałam przy tej nieudanej próbie leczenia, że są mityngi, gdzie nikt cię nie pyta, po co przyszłaś. I ja, wciąż roztelepana, pojechałam na mityng sama. Jeździłam tam przez dwa miesiące, siedziałam cichutko w kącie i słuchałam, co inni mówią. Po dwóch miesiącach przyszła dziewczyna, Basia. I kiedy opowiedziała swoją historię, dotarło do mnie, że ona mówiła o mnie. Rozumiesz? Ona mówiła o mnie… Przepraszam cię, ale zaraz będę płakać… Chwilka przerwy, OK?

Mam na imię Lucyna, jestem alkoholiczką

To wspomnienie nadal budzi we mnie spore emocje, bo ja wtedy, po tych dwóch miesiącach abstynencji i chodzenia na mityngi, po raz pierwszy wstałam i powiedziałam: „Mam na imię Lucyna, jestem alkoholiczką. Dziękuję, Basiu, że powiedziałaś o mnie”. A potem stamtąd uciekłam.

Znalazłam mityngi bliżej mojego domu. Weszłam do sali, a tam sami faceci. Nie było ani jednej kobiety. I jeszcze jakiś smętny amant podleciał do mnie i zagadał: „Może herbatki ci zrobić? A możesz siądziesz koło mnie?”. Przeleciało mi przez głowę: „Po co ja tu przyszłam?”. Siedziałam tam, trzęsłam się ze strachu, ale nie wypadało wyjść w trakcie, więc chciałam wytrzymać do przerwy. Zapytali, czy ktoś jest pierwszy raz. Nie przyznałam się, tylko siedziałam cichutko. Kiedy już miałam stamtąd prysnąć, tuż przed przerwą, przyszła dziewczyna. Dzięki niej zostałam. I to jest moje miejsce od 22 lat.

Na terapię trafiłam dopiero po pół roku abstynencji i chodzenia na mityngi, bo w pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że poza tym, że nie piję alkoholu, nie zmieniałam niczego w swoim życiu. Po trzech miesiącach niepicia wdałam się w jakiś romans. I wtedy córka powiedziała do mnie z wyrzutem: „Jak piłaś, to cię nie było, i teraz znowu cię nie ma”. A ja czułam się wielka, bo przecież w swoim mniemaniu trzeźwiałam i opiekowałam się chorym ojcem. Powtarzałam, że nie mogę iść na terapię, bo nie mam z kim taty zostawić. Wtedy już nie pracowałam, bo przeszłam na wcześniejszą emeryturę. I tak się złożyło, że jak odcięłam się od policji, od tego środowiska, tydzień później przestałam pić.

Z terapią to było takie pyknięcie. Nagle sama zdałam sobie sprawę, że potrzebuję czegoś więcej niż tylko mityngi. Ja mam coś takiego w życiu – takie „pyk”, taki błysk, jakbym nagle się zorientowała, że Ziemia się kręci. I tym razem to było takie pyknięcie. Poleciałam do ośrodka, oczywiście nie w swojej dzielnicy, bo tu mnie znali, pamiętali z policji, więc nie będę przecież z pijakami z rejonu, w którym pracowałam, na terapię chodzić, bo wstyd. Poszłam do ośrodka w sąsiedniej dzielnicy. Porozmawiałam z panią, ale to była taka młoda dziewczyna, cała czerwona i bardziej zdenerwowana ode mnie. Patrzyłam na tę młodą dziewczynę z wypiekami na twarzy i wiedziałam, że jak ona będzie mi mówiła jakieś prawdy objawione, to ja nie będę jej słuchać, że pewnie wyjdę i trzasnę drzwiami. Zostałam tylko dlatego, że był wykład, który prowadziła kobieta w wieku mojej mamy. Wiedziałam, że z niego nie wyjdę, choćby z szacunku do niej. Ta kobieta mówiła o cierpieniu w życiu człowieka. I ona, podobnie jak ta Basia na mityngu, cały wykład mówiła o mnie. Od razu się do niej zapisałam i przez długi czas tam chodziłam.

Nie wszystko mi na terapii pasowało, ale zawsze przypominałam sobie słowa Danusi, dziewczyny z AA: „Słyszałam, Lucyna, że idziesz na terapię. Pamiętaj, że nie wszystko będzie ci się tam podobało. I pamiętaj, że nie jesteś najmądrzejsza”. I później, na terapii, często mi się te słowa Danusi przypominały.

* Fragment książki Magdy Omilianowicz „Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki”. Autorka rozmawia z kobietami, których życiem zawładnął alkohol, oraz z osobami z ich otoczenia – dorosłymi już dziećmi (DDA) i terapeutami. Z tych wstrząsających wywiadów i opowieści wyłania się prawdziwy obraz Polki w szponach destrukcyjnego nałogu. Książka ukaże się 11 marca nakładem wydawnictwa Mova.

Czytaj także:
Matka sprzedała ją do burdelu. „Jedną trzecią z tego, co zarobię, bierze dla siebie"

Źródło: WPROST.pl

Czytaj także

 0