Leczy człowiek, nie implant

Leczy człowiek, nie implant

Dodano: 
Najważniejsze jest, by trafić w dobre ręce – mówi dr Agnieszka Sicińska, stomatolog, dyrektor medyczny Centrum Stomatologicznego EURODENTAL.

W programach „Chcę być piękna” i „Fabryka urody” przywracała pani uczestniczkom zdrowe i piękne zęby w błyskawicznym tempie. Czy osoby, które nie biorą udziału w telewizyjnym show, również są leczone tak szybko?

dr Agnieszka Sicińska: Jestem zwolenniczką złotego środka, zalecam umiar. To dlatego, że łatwiej adaptujemy się do zmian, kiedy mamy na nie więcej czasu. Trzeba wziąć pod uwagę to, że pacjenci biorący udział w programie telewizyjnym mają inną motywację niż pozostali. Pacjentka wybrana do udziału w nim wie, że zakończy tę przygodę z tym, co zostanie zrobione w trakcie kolejnych odcinków. Później nie będzie jej stać na tego typu zabiegi. Ta świadomość powodowała, że nawet kiedy pytałam panie, czy są zmęczone leczeniem, odpowiadały, że wytrzymają. Poza programem pacjent nie ma takiej motywacji, nie musi znosić tak intensywnego leczenia, może mieć więcej czasu na gojenie ran, odpoczynek między zabiegami. Odradzam robienie zębów na 15. dzień konkretnego miesiąca, raczej zalecam program leczenia na 15 lat.

Tak długo?

Wiele procedur wymaga czasu, jest podzielona na kilka etapów, nie wystarczy połknięcie jednej tabletki. Tak jest na przykład z leczeniem chorób przyzębia – potrzebna jest higiena i wyrobienie zdrowych nawyków, potem zabiegi niechirurgiczne, czasem także chirurgiczne. Na początku leczenia trzeba zaplanować, o które zęby warto walczyć, a o które nie. Czasem to długotrwały proces. Pacjenci potrzebują czasu na to, aby się pogodzić z myślą, że muszą się pożegnać z zębami. Czasem są to zdrowe zęby, trzeba je jednak usunąć, bo stan zapalny toczący się w dziąśle jest nieodwracalny.

Rozłożenie leczenia w czasie oznacza także rozłożenie w czasie związanych z nim kosztów. Ile kosztowało pełne leczenie uczestniczek programów?

W wypadku jednej z uczestniczek programu „Chcę być piękna” potrzeba było sporo implantów, pełnoceramicznych koron, regeneracji tkanek, odbudowy kości. Wartość leczenia wyniosła 70-80 tys. zł.

Czy z oszczędzaniem na leczeniu stomatologicznym wiąże się jakieś ryzyko?

Jestem dyrektorem medycznym kliniki EURODENTAL od 1989 r. W tym czasie przez moje ręce przeszli pacjenci z takimi problemami, że czasami byłam załamana. Byli bardzo źle prowadzeni. Nie na wszystkim warto oszczędzać i nie wszystko można przyspieszyć. Jednym ze złych pomysłów są na przykład systemy implantowe, które tak naprawdę są zwykłymi śrubami tytanowymi, do których można coś przytwierdzić. Jestem lekarzem i nie wyobrażam sobie wykorzystania niesprawdzonych materiałów u swojego pacjenta. Z drugiej strony, najistotniejsze są doświadczenie i profesjonalizm lekarza, bo lepiej jest mieć dobrze wkręcony implant tańszy niż źle wkręcony droższy. Jeżeli implant jest ustawiony w prawidłowej pozycji, to wychodzą bardzo piękne prace. Wszystko kryje się w rękach stomatologa – pamiętajmy, że nie leczy implant ani urządzenie diagnostyczne, ale człowiek. Dlatego najważniejsze, żeby trafić w dobre ręce.

Czy współczesna stomatologia wyeliminowała problem bólu związanego z leczeniem?

To złożona kwestia. Są pacjenci, którzy na samą myśl o bólu biorą tabletkę, inni nie widzą potrzeby przyjmowania leków przeciwbólowych przed zabiegiem. Problem bólu zaczyna się już w chwili, kiedy wbijamy igłę, by podać znieczulenie. Możemy ją wbijać w znieczulone miejsce, możemy użyć techniki, dzięki której pacjent nie będzie wiedział, kiedy otrzymał zastrzyk. Pacjenci są jednak różni i mają różną wrażliwość na ból. W niektórych sytuacjach możemy poprosić o pomoc anestezjologa, ale on także musi się dostać do żyły, a więc wykonać iniekcję. Ten moment można nazwać bólem, dyskomfortem – ostre narzędzie musi naruszyć integralność naszego organizmu. Natomiast dzięki odpowiedniemu znieczuleniu cały proces zabiegu jest niebolesny. Fizyczny ból w trakcie zabiegu został wyeliminowany – leczenie kanałowe, szlifowanie zębów, osadzanie implantów w ogóle nie boli. Wychowałam się w gabinecie stomatologicznym. Pamiętam swoją mamę i jej koleżanki krzyczące do pacjentów siedzących na fotelu: „Już, już, już! Jeszcze chwileczkę!”. Pacjenci przebierali nogami. Borowano troszeczkę, ile pacjent wytrzymał, i w ten sposób nieświadomie przegrzewano miazgę. Pacjent wracał do domu z miazgą zapalną. Robiono malutką dziurkę, przez którą ciekła krew, wkładano tzw. truciznę. Pacjent chodził po ścianach przez kilka dni, aż ta miazga została zmumifikowana. Stosowane dziś znieczulenia zupełnie zmieniły ten proces. Kiedy mamy do wykonania leczenie kanałowe, wypełnienie czy cokolwiek innego, pacjent zostaje świetnie znieczulony, a nasza praca może być idealnie precyzyjna. Możemy spokojnie szukać czwartego kanału w trzonowcu, a pacjent czeka, aż skończymy. Jeżeli usuwam zapalną trudną ósemkę, podaję znieczulenie tak, żeby nie bolało. To jest komfort i pacjenta, i mój. Zabiegi u dentysty nie są jednak zabiegami relaksacyjnymi. Na takie idziemy zupełnie gdzie indziej. Mogę obniżyć dyskomfort do zera, ale na przyjemność trzeba poczekać – ona się pojawia wtedy, kiedy pacjent sam do siebie się uśmiecha i jest po prostu szczęśliwy.

Czytaj także

Czytaj także