Ukryte terapie, ukryte zyski

Ukryte terapie, ukryte zyski

Dodano: 
Jerzy Zięba
Jerzy Zięba / Źródło: YouTube / /Jerzy Zięba
Zbigniew Wodecki, Grzegorz Miecugow, Tomasz Kalita – naczelny uzdrowiciel Polski Jerzy Zięba wykorzystał ich śmierć do rozwoju pseudomedycznego biznesu. Rodziny zmarłych są oburzone, ale i bezradne. Podobnie jak przerażeni całym procederem lekarze.

To, co robi ten człowiek, jest obrzydliwe. Jakim prawem wypowiada się na temat śmierci mojego męża? Mój mąż miał całą głowę zajętą nowotworem, a on twierdzi, że Tomek nie zmarł z powodu nowotworu. Przecież to skandal – mówi Anna Kalita. Jej mąż, polityk SLD, odszedł 16 stycznia 2017 r. Dzień po jego pogrzebie Jerzy Zięba wypuścił do sieci kilkunastominutowy filmik. „Pan Tomasz mógł żyć. Zabiło go leczenie nowotworu, którego nie było” – mówił do kamery.

– Przyjechał do nas i stwierdził, że „glejak się pięknie leczy”. A przecież ten czwartego stopnia, wielopostaciowy, którego miał Tomek, jest w stu procentach śmiertelny. Absolutnie nieuleczalny. Opowiadał o swoich teoriach, o dobrodziejstwie witamin. Jednocześnie podważał sens stosowania chemioterapii. Potem w rozmowie ze mną wprost powiedział, że to źle, że Tomek przyjmuje chemię – mówi kobieta. Ta sama historia powtórzyła się pół roku później wraz ze śmiercią znanego dziennikarza Grzegorza Miecugowa. I znów ten sam schemat. Grzegorz Miecugow umiera 26 sierpnia 2017 r. 1 września jest pogrzeb.

A tydzień później Jerzy Zięba wypuszcza filmik na temat jego śmierci: „W przypadku pana Grzegorza można było zrobić znacznie więcej”. – Nie byłem w stanie zobaczyć tego do końca. To oburzające, żeby mówić takie rzeczy tuż po pogrzebie. Dla mnie to próba podczepienia się pod śmierć mojego ojca i na dodatek zarabiania na tej śmierci – mówi Krzysztof Miecugow, syn Grzegorza. Zięba, chociaż nie jest lekarzem, wie, jak leczyć Polaków lepiej niż wszyscy profesorowie medycyny razem wzięci. W obu przypadkach nie miał dostępu do dokumentacji medycznej. Nie rozmawiał z lekarzami obu pacjentów. Grzegorza Miecugowa nawet nie znał. Z Tomaszem Kalitą spotkał się tylko raz. – Sam się do nas zgłosił, kiedy zobaczył, że sprawa jest tak medialna – mówi Anna Kalita. Tak samo wypowiadał się zresztą o śmierci Zbigniewa Wodeckiego. Jego też nie znał, nawet nie wiedział, co dokładnie mu dolegało, ale też sugerował, że można było go uratować, o czym powiedział publicznie w warszawskim Klubie Ronina. 22 maja 2017 r. Dokładnie w dniu śmierci Wodeckiego. To najbardziej medialne przykłady, które pokazują, jak działa Jerzy Zięba. Ten pseudonaukowiec i propagator medycyny niekonwencjonalnej, autor bestsellera „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie”, ma w Polsce tysiące wyznawców. Lekarze biją na alarm: głoszone przez niego poglądy nie mają nic wspólnego z naukową wiedzą. Ludzi to jednak nie przekonuje.

Od inżyniera do biznesmena

Zięba nie ma wykształcenia medycznego. Zdobył za to tytuł inżyniera na Wydziale Maszyn Górniczo-Hutniczych krakowskiej AGH. Opowiada, że medycyną pasjonował się zawsze. Pierwsze objawienie przyszło w wieku 19 lat. Miał owrzodzenie dwunastnicy. Pękł wrzód i młody chłopak wylądował w szpitalu. – Leżałem tam zaledwie kilka dni, ale wszystko, co tam się działo, pochłonęło mnie tak bardzo, że chciałem tam zostać dłużej – wspomina. Rozmawiamy w warszawskiej kawiarni, Zięba mówi, że mamy na rozmowę godzinę. Przyjechał do stolicy z Rzeszowa, bo będzie nagrywał swój nowy program. Ostatecznie rozmawiamy trzy godziny. Jest spokojny, na wszystkie pytania ma przygotowane odpowiedzi. Denerwuje się dopiero, gdy schodzimy na kwestie biznesowe. Na studiach Zięba miał koleżankę z medycyny. Mówi, że pożyczał od niej książki i czytał po nocach. Tak mu zostało. Obronił się w 1981 r. Rok później wyjechał na saksy do Niemiec. Sprzątał restauracje, pracował w saunie, później też jako elektryk w masarni. Minął rok i znów przeprowadzka. Tym razem na inny kontynent. Do Australii. Zaczął pracę zgodną ze swoim wykształceniem. Projektował maszyny górnicze. Nie spodobało mu się. Poszedł w marketing. Doradzał firmom, jak sprzedawać więcej. Negocjował wielomilionowe kontrakty. Trafił do zarządu kilku australijskich spółek. W międzyczasie zrobił sobie dyplom hipnoterapeuty. W domu miał nawet własny gabinet. Przyjmował ludzi, których hipnoterapią leczył z różnych fobii, problemów seksualnych, lunatykowania. Tam w Australii zainspirowała go popularna w latach 90. dieta optymalna doktora Jana Kwaśniewskiego. Opierała się na spożywaniu tłustych produktów: smalcu, masła, podrobów przy ograniczeniu spożycia słodyczy, pieczywa czy owoców. Zięba popularyzował ją w Sydney. Opowiada, że to wtedy po raz pierwszy zobaczył, jak zwykła zmiana diety może wyleczyć ludzi z poważnych chorób przewlekłych, jak miażdżyca czy cukrzyca.

W 1999 r. Polska Akademia Nauk dosłownie zmasakrowała dietę Kwaśniewskiego: „Wszystkie dotychczasowe duże programy badawcze wykazały, że ograniczenie w diecie tłuszczów zwierzęcych, a zwiększenie podaży jarzyn i owoców zmniejsza stężenie cholesterolu we krwi, ogranicza zapadalność na chorobę niedokrwienną, zawał serca, udar mózgu oraz przedłuża życie współczesnego człowieka. Komitet Terapii PAN uznaje dietę optymalną Jana Kwaśniewskiego za wybitnie szkodliwą dla zdrowia”. Zięba w to nie uwierzył. Zaczął czytać o cholesterolu. Doszedł do tego, że norma na cholesterol 200 mg/dl została sztucznie zaniżona tylko dlatego, żeby koncerny farmaceutyczne mogły sprzedawać więcej leków na jego obniżenie. Od teraz Zięba takich spiskowych teorii zacznie zbierać więcej.

W 2003 r. wraca do Polski. – Dusiłem się w Australii. To piękny kraj, ale ludzie mało przedsiębiorczy. Nie było z kim robić biznesu – mówi. Osiada na Śląsku. Zakłada firmę ze starymi znajomymi, ale interes nie idzie. Winę zrzuca na swoich wspólników. – Oszukali mnie – mówi. Opowiada, że stracił wszystko. Nie miał gdzie mieszkać. Nie miał nawet na jedzenie. W takiej desperacji odzywa się do Niny Grelli, założycielki miesięcznika „Szaman”, który stawia na medycynę naturalną. Opowiada w mediach, że miała tysiące guzków w piersiach. Wyleczyła je pokrzywą, okładami z liści kapusty i dietą. Zięba zaczął robić wykłady na organizowanych przez nią targach zdrowia w Katowicach. – Okazało się, że ludzie chcą słuchać tego, co mówię. Sala pękała w szwach. Przychodziło ponad tysiąc osób – wspomina. To były lata 2011-2012. Po jednym z wykładów do Zięby podchodzi człowiek: „Pan ma taką wiedzę, tak o tym ładnie opowiada. Może warto to wszystko gdzieś spisać?”. I stało się. W 2014 r. Zięba wydaje swoją pierwszą książkę „Ukryte Terapie. Czego ci lekarz nie powie”. Staje się bestsellerem. Dwa lata później wychodzi kolejna część. Też bestseller. Terapie, które Zięba opisuje, nie są poparte badaniami klinicznymi. Świat naukowy apeluje, żeby w nie nie wierzyć, bo są groźne dla pacjentów. Ale te kontrowersje przynoszą Ziębie tylko popularność.

Popznachor

Zięba pisze, że nowotwór można zniszczyć bez chemio- czy radioterapii. Że mammografia nie sprzyja wczesnemu wykrywaniu nowotworu piersi. A wręcz przeciwnie – sprzyja rozwojowi nowotworów. Że przyczyną miażdżycy nie jest cholesterol. Nagrywa filmiki, w których radzi, żeby kobiety w ciąży jadły parówki, golonkę, salceson i wątróbkę. A rodzicom małych dzieci poleca wlewanie wody utlenionej do uszu przy pierwszych objawach przeziębienia. Wierzy w moc suplementów diety i minerałów, które mogą uchronić przed praktycznie każdą chorobą. Sprzedaje je zresztą we własnym sklepie. Lekarze się buntują, bo jego tezy nie mają nic wspólnego z medycyną akademicką. Główny Inspektorat Sanitarny alarmuje: suplementy nie leczą. – Jeśli ktoś poleca je w chorobie nowotworowej, jest oszustem. Popełnia czyn przeciwko zdrowiu i życiu człowieka – mówi Jan Bondar, rzecznik GIS. Zięba jest wszędzie. Zostaje regularnym gościem Polskiego Radia Katowice, jeździ po Polsce i udziela wykładów, robi warsztaty, ciągle nagrywa nowe filmy. W książce pisze, że tworzy w Polsce medyczne podziemie, gdzie lekarze za jego namową potajemnie wstrzykują terminalnie chorym pacjentom witaminę C. I pacjenci zostają po tym cudownie uleczeni. Trafia do głównych mediów. Marcin Prokop pyta go o książkę w „Dzień dobry TVN”. Dziennikarka „Newsweeka” fatyguje się z Warszawy do Rzeszowa, gdzie Zięba na co dzień mieszka, żeby napisać o nim artykuł. „Uwaga!” TVN nagrywa o nim odcinek programu „Kulisy sławy”. Agnieszka Gozdyra zaprasza go do swojego programu w telewizji Polsat.

I tak na Facebooku Zięba zdążył już zgromadzić ponad 220 tys. fanów. Tam też powstała grupa poparcia, do której należy kolejne 30 tys. ludzi. „Grupa powstała w trosce o życie i zdrowie Pana Jerzego Zięby, który jest nieustannie prześladowany przez wysłanników lobby farmaceutycznych” – piszą jej założyciele. Jego filmiki na YouTubie zobaczyło już prawie 10 mln widzów. Kilka tygodni temu media obiegła wiadomość, że Zięba dostanie swój własny program w TVN. Nic z tego nie wyszło, chociaż Zięba program dostał. Tylko że w stacji Polonia 1.

Zięba sam twierdzi, że to, co mówi, to wcale nie są jego terapie, tylko terapie innych ludzi, które on, jak ten skryba, tylko zebrał i opisał w swoich książkach. Każdą książkę wyraźnie opieczętował uwagą, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności za skutki opisanych terapii. I żeby każdorazowo skonsultować się przed ich zastosowaniem z lekarzem. Ale w tych samych książkach pisze też, że lekarze są niedouczeni, że nie potrafią leczyć, że ograniczają ich procedury, że są w spisku z koncernami farmaceutycznymi, że okłamują pacjentów. „Ja wiem, że pacjenci mogą mieć mętlik w głowie. Jerzy Zięba mówi im jedno, a lekarz onkolog drugie” – sam przyznał w swojej książce. Dodaje też, że są w Polsce wspaniali lekarze, ale to w nim tysiące chorych Polaków zobaczyło mesjasza. Oto pojawił się człowiek, który mówi, że choroby nieuleczalne są uleczalne, że Miecugow, Kalita i Wodecki mogli żyć, że kiedy lekarz rozkłada już ręce, to on zna jeszcze sposób, jak człowieka uzdrowić, że osiąga niesamowite rezultaty: tanio, błyskawicznie i bez skutków ubocznych.

Nowa fascynacja

Doktor Joanna Heidtman, psycholog: – Medycynie coraz bardziej nie ufamy. Nie ufamy lekom, wielkim producentom i koncernom farmaceutycznym. Ten brak zaufania jest widoczny od kryzysu finansowego z 2008 r., który zburzył zaufanie do dużych firm i instytucji. To dlatego książka Zięby stała się bestsellerem, bo ona powiedziała głośno to, co ludzie czują i myślą od lat.

– W obliczu operacji, radioterapii czy chemioterapii każde inne leczenie może wydać nam się łatwiejsze. Jako ludzie zwykle chcemy iść po linii najmniejszego oporu – tłumaczy Katarzyna Borowicz, psychoonkolog z kilkunastoletnim stażem.

Monika Burzyńska z okolic Warszawy od pięciu lat choruje na toczeń rumieniowaty układowy. To choroba autoimmunologiczna, która doprowadza do procesów zapalnych wielu narządów i tkanek. Była na długotrwałej chemioterapii do czasu, kiedy nie wykryto u niej guza na jajniku. – Załamałam się. Tyle lat chemii, a tu jeszcze guz. Wpadłam w depresję. Myślałam, że już nic mi nie pomoże, szukałam alternatywy, jakiejś nadziei – opowiada. Zaczęła zaczytywać się w książkach Jerzego Zięby. Odstawiła chemię, bo jak pisze Zięba, przynosi ona tak znikome efekty, że, czy się ją bierze, czy nie bierze, to wychodzi na to samo. A czasem chemia może wręcz sprzyjać rozwojowi nowotworów. Burzyńska przeczytała też o przypadkach ludzi, którzy wyszli z nowotworów za sprawą witaminy C. Zięba pisał w książce o klinikach w Meksyku, gdzie pacjentów leczy się witaminą C bez chemii i radioterapii. Kupiła więc polecaną przez Ziębę witaminę C oraz inne produkty z jego sklepu internetowego. Zaczęła leczyć się sama. Dostała ostrej biegunki. Na skórze pojawiła się łuszczyca. Przemęczyła się w takim stanie jeszcze trzy miesiące i nie wytrzymała. Wróciła do swojego onkologa. Wróciła do chemii. Łuszczyca i biegunka ustąpiły.

– Sama się sobie dzisiaj dziwię, że w to uwierzyłam, ale byłam zdesperowana i chyba naiwna – opowiada. Takich przypadków mamy więcej. Większość ludzi nie chce się wypowiadać pod nazwiskiem. Wstydzą się, że uwierzyli Ziębie. Wielu w ogóle nie chciało rozmawiać. Kilka z takich historii wysłaliśmy do Jerzego Zięby z prośbą o komentarz. Każdemu dokładnie się przyjrzał i na gorąco dopisywał swoje uwagi. Nie sposób ich wszystkich tutaj zacytować. Wszystkie historie podsumował w ten sposób: „Z całym szacunkiem, ale chyba nie bierzecie tych zarzutów na poważnie. Czasami rzeczywiście występują jakieś problemy, ale nie są one opisane w taki błazeński sposób. Być może ktoś robi coś źle, być może jest wrażliwy na jakiś składnik suplementu. Wtedy z takim kimś trzeba usiąść, porozmawiać”.

Milczenie jest złotem

Problem w tym, że będąc pacjentem, bardzo trudno jest z Ziębą porozmawiać. Odciął się od swoich fanów. Monika Burzyńska szukała z nim kontaktu przez wiele tygodni. Pisała na jego stronie na Facebooku, zaczepiała go w komentarzach, ale wszystkie pozostały bez odpowiedzi. – Najbardziej zbulwersował mnie ten brak kontaktu. Odzew był dopiero po tym, jak zamieściłam komentarz, w którym wyraziłam swoje niezadowolnie z ignoracji tego człowieka. Jego atak na moją osobę i inwektywy użyte pod moim adresem były dla mnie i wielu osób szokiem. Zięba nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, co mówi. A mi wystarczyłyby chociaż dwa słowa: Pani Moniko, niech pani tego nie robi albo niech pani dawkuje to w taki, a taki sposób – mówi kobieta. Jej zdaniem Zięba sam powinien być zaangażowany w proces zalecanych terapii. Tym bardziej że, jak sam pisze, nie robi tego dla siebie. Osoby chore są niezwykle podatne na wszelkie porady, zwłaszcza w sytuacjach kiedy zostają im resztki nadziei na wyleczenie.Jerzy Zięba wyłączył możliwość komentowania swoich filmów na YouTubie. Wyłączył też możliwość wysłania mu wiadomości na Facebooku. – Każdemu chciałbym odpisać, ale to jest fizycznie niemożliwe. Nie odpowiadam, bo nie da się odpowiedzieć komuś w sposób odpowiedzialny – tłumaczy. Bezwzględnie czyści swój fanpage ze wszystkich, którzy wyraźnie się mu sprzeciwiają. „Co to za chłam tu wchodzi i torpeduje to, co my robimy. Biorę kogoś i usuwam, wywalam, kasuję” – tłumaczył swoją decyzję.

To tam wśród 220 tys. swoich wyselekcjonowanych, wiernych fanów Jerzy Zięba wystosował półtora tygodnia temu taki apel: „Tygodnik »Wprost« będzie publikował artykuł na temat opisywanych przeze mnie terapii. Poszukują osób, które mogą potwierdzić skuteczność tych metod. Dlatego proszę wszystkich o zgłoszenie tego BEZPOŚREDNIO do pana redaktora”. I tutaj pada mój adres e-mail. Kilka dni później odezwę do fanów Zięba raz jeszcze powtórzył. Na mój e-mail trafiło ponad sto historii. Ludzie pisali, że wyszli z przeróżnych chorób – tarczycy, stawów, kości, żołądka, gardła dzięki suplementom „od Pana Jerzego”. Że mają nadzieję, że nie zrobię tym artykułem „Panu Jerzemu” krzywdy. „Proszę się poważnie zastanowić przed próbą zdyskredytowania Pana Jerzego Zięby” – napisał jeden fan. Inni pisali, że lekarze to tylko sprzedawcy leków, że nie zależy im na zdrowiu pacjenta, że to mordercy w kitlach. Do tych historii Jerzy Zięba się przyznaje i mówi, że to dzięki jego poradom. Od tych, którym po jego poradach się pogorszyło, już się odcina. Ale internetowi fani nie widzą problemu w tym, że nie mają zupełnego kontaktu ze swoim mentorem. Skoro Zięba nie odpowiada, to ludzie zaczęli udzielać porad sobie nawzajem zgodnie z tym, co Zięba mówi i pisze.

Pani Kasia: „Dziś dowiedziałam się, że mam guz w prawej piersi, mam taki mętlik w głowie, że nie wiem, co robić. Kto mi podpowie, co powinnam teraz robić?” – zapytała kilka dni temu członków grupy poparcia Jerzego Zięby. Pani Ula odpisuje: „Zero cukru, sześć jajek dziennie, soda oczyszczona z cytryną”. Pani Paula: „Nie używać antyperspirantu pod pachy”. Pan Joachim: „Nic nie rób. Za trzy miesiące zmieni ci się wibracja ciała i będzie dobrze”. O tym, żeby pani Kasia wybrała się do lekarza, nie wspomniał nikt. I tak jest codziennie. Ludzie chwalą się, że zamiast wybrać leki z recepty, zaczęli leczyć się witaminą C, pytają, jakie suplementy diety najlepiej kupować ze sklepiku Jerzego Zięby. A Jerzy Zięba konsekwentnie milczy. Czasem tylko napisze komuś w komentarzu, żeby nie kupował jakiegoś zestawu witamin, bo „sam producent nawet nie wie, co w nim jest”. Pewniejsze są te z jego sklepu.

Znachor robi biznes

Od 24 lipca 2015 r. do 31 grudnia 2016 r., czyli przez półtora roku, spółka Egida Consulting, która prowadzi internetowy sklep z suplementami diety sygnowanymi przez Jerzego Ziębę, sprzedała produkty za 13,3 mln zł! Zysk netto wyniósł 8,78 mln zł. Ceny w sklepie są kosmiczne. Witamina C z dzikiej róży, opakowanie 300 g: 140 zł. Pół kilograma trawy jęczmiennej, z której Zięba zaleca wyciskać zdrowy sok: 125 zł. Tyle samo za 30 ml naturalnej witaminy D3 z lanoliny w kroplach. Zięba sądzi, że jego ceny są uczciwe, bo jego produkty mają po prostu lepszą jakość od konkurencji. – My je tworzymy od podstaw, według własnej receptury. Nie zawierają, tak jak inne suplementy, stabilizatorów, sztucznych barwników, substancji konserwujących i innych świństw – opowiada. Jego produkty są przynajmniej pewne i dokładnie przebadane przez Sanepid. Ale to też nie do końca prawda. Wysłaliśmy do Generalnego Inspektoratu Sanitarnego listę z suplementami, które Zięba sprzedaje klientom. Okazało się, że jeden z nich: preparat Mumio Visanto, który ma wspierać układ odpornościowy, pokarmowy, sercowo-naczyniowy i inne, Zięba sprzedaje bez powiadomienia o tym GIS. – Sprzedaż suplementu bez powiadomienia GIS to oczywiste złamanie ustawy o bezpieczeństwie żywności – tłumaczy Jan Bondar, rzecznik prasowy inspektoratu.

Takich nieprawidłowości w biznesowej działalności Jerzego Zięby może być więcej. Spółka, która prowadzi jego sklep, ma dwóch wspólników – spółkę polską, której prezesem jest Zięba, i spółkę brytyjską zarejestrowaną w Londynie. Obydwie spółki reprezentuje ta sama osoba: Halina Kostka, na co dzień partnerka Jerzego Zięby. Skoro obydwie spółki mają po połowie udziałów, to teoretycznie zyskami też powinny dzielić się po połowie. Ale jest inaczej. W dokumentach widnieje zapis, że 99 proc. zysków wypracowanych przez sklep internetowy z produktami Zięby ma być transferowane do spółki na Wyspach. Brytyjska spółka jest też wyłączona z ewentualnych strat sklepu. Za to drugi, polski wspólnik, czyli spółka, której Zięba jest prezesem, dostaje jedynie 1 proc. zysku i bierze na siebie 100 proc. ewentualnych strat. Po co to wszystko – pytamy Jerzego Zięby. Ten ucieka od odpowiedzi. Mówi, że on i tak nic z tego nie ma, bo nie

posiada żadnego majątku. Wszystkim dysponuje jego partnerka. – Nie mam domu, samochód też nie mój, nawet ta marynarka nie jest moja. Tak mi jest jakoś lepiej – odpowiada. Wychodzi więc na to, że podatki od zysków wypracowanych przez sklep z suplemetami Zięby są płacone nie w Polsce, tylko w Wielkiej Brytanii. Czy to prawda? Zięba nie chce tego komentować. Tymczasem zdaniem Radosława Piekarza, doradcy podatkowego z kilkunastoletnim stażem, naruszeniem prawa podatkowego może być jeszcze coś innego. Przepisy podatkowe mówią, że w takiej spółce podział zysków powinien odbywać się na zasadach rynkowych. – A czy zasada, wedle której jeden wspólnik dostaje prawie całe zyski i zero strat, a drugi prawie zero zysków, a całe straty, jest rynkowa? Moim zdaniem nie i to może być wbrew prawu – tłumaczy.

Tonący Zięby się chwyta

Zięba powtarza, że firmy farmaceutyczne żerują na chorych ludziach. „Pacjent wyleczony to klient stracony. Przemysł farmaceutyczny nie żyje z ludzi zdrowych, on żyje z ludzi chorych i dlatego musi generować zyski” – mówił w wywiadzie dla portalu Infozdrowie. Zięba raz mówi, że sprzedawane przez niego suplementy przywracają zdrowie, raz mówi, że nie leczą. Broni się, że on na chorych nie zarabia. Więc na kim, na zdrowych ludziach? Mówi, że mógłby zarabiać jeszcze więcej. Propozycje sprzedaży jego suplementów złożyli mu spece od marketingu wielopoziomowego. Według tego samego modelu sprzedaje się chemię Amwaya, garnki Zeptera czy kosmetyki Avonu. Zięba się nie zgodził. No bo i po co, skoro na Facebooku ma wierną grupę wyznawców, którzy jednorazowo potrafią u niego wydać tysiąc złotych, zrobić zdjęcie zakupom, pochwalić się nim reszcie fanów i jeszcze zebrać za to kilkaset lajków. Zięba, chociaż jak mówi, oficjalnie nie ma nic, stał się maszynką do zarabiania pieniędzy.

– Gołym okiem widać, że to naciągacz. Pal licho, czy to działa, czy nie, ale ile to kosztuje. To trochę jak z reprywatyzacją w Warszawie. Ograbia się najsłabszych. Bardzo chorych ludzi, często z wyrokiem śmierci, którzy chwytają się brzytwy i wierzą, że jeszcze jest jakaś ukryta terapia, o której lekarze specjalnie nie mówią, bo nie chcą pacjenta wyleczyć. Przecież to absurd – mówi Krzysztof Miecugow. Opowiada, że jego ojciec miał tylko raz styczność z tego typu uzdrawiaczami. Sześć lat temu, kiedy pojawiły się pierwsze guzy, bardzo chciał rzucić palenie. Zapłacił guślarzowi 400 zł i nic. Dla niego dyskusja o terapiach Zięby to jak rozmowa dwóch ślepych o kolorach: – Ani ja, ani ten pan nie jesteśmy lekarzami, więc nawet nie chcę tego szerzej komentować. Napiszę do niego wiadomość, żeby niezwłocznie usunął materiał, w którym wypowiada się na temat mojego ojca.

Anna Kalita po publikacji filmu Zięby o jej mężu zastanawiała się, czy wnieść całą sprawę do prokuratury. Zięba za bardzo tym wszystkim się nie przejmuje. Mówi, że organizuje wokół siebie grono zaufanych lekarzy, którzy już niedługo będą leczyć pacjentów według opisanych przez niego metod.

Tragiczne historie fanów Zięby

Monika (Poznań) opowiada w rozmowie z „Wprost” o swoim wujku: – Od lat choruje na prostatę, ma też wysoki cholesterol. Odstawił leki na rzecz suplementów Zięby. Bierze witaminę C, D3 z K2, kolagen i parę innych. Czyta jego książki, słucha go w radiu. A że jest starszym człowiekiem, to wierzy w uzdrawiającą moc słów Zięby. Ma tak wyprane myślenie, że nie rozumie, że wysokie dawki witamin i innych suplementów są w jego wieku szkodliwe. Nie chce iść do lekarza, bo przestał im ufać. Nie chce sobie zrobić badań. Wygląda źle. Blady. W ciągu półtora roku bardzo schudł.

Gabriela (Krosno) opowiada o koleżance: – Chorowała na raka (chłoniak). Jej stan zaczął się pogarszać w związku z przerzutami. Wtedy zdecydowała się na dożylne wlewy z witaminy C, bo przeczytała w książce pana Zięby, że są przypadki chorych, którzy dzięki takim wlewom całkowicie pozbyli się raka. Po ukończeniu kolejnego cyklu chemii jeździła do pana Jana, dermatologa, który oprócz normalnej praktyki para się robieniem wlewów z witaminy C. Koszt – 80zł za jedną rękę. Po kilku wyjazdach jej stan się pogorszył. Udała się do lekarza rodzinnego, który przepisał jej glukozę na wzmocnienie. Sugerowaliśmy, że trzeba odstawić witaminę, bo nikt nie potrzebuje takich dawek. Nie posłuchała. Zmarła. Bezpośrednią przyczyną zgonu była niewydolność nerek.

Aleksandra (Kraków) o swoim dziadku: – Dopadły go bóle stawów, które się nasilały. Usłyszał od Zięby, że reumatoidalne zapalenie stawów można usunąć witaminą C. Oprócz niej kupił w sklepie pana Zięby kilka innych witamin i minerałów. Bóle nie ustępowały. Bardzo schudł i miał problemy z żołądkiem. Wylądował w szpitalu. Nie chce słuchać lekarzy, bo pan Zięba mówi, że nie potrafią leczyć. Rodzina nie może sobie z nim poradzić. Teraz wmawia sobie chorobę nowotworową, chociaż zapewne ma jedynie problemy reumatyczne, i kupuje w hurtowych ilościach witaminę C.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2017
Więcej możesz przeczytać w 44/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także