Gdzie był lekarz, gdy trwał poród Stasia? „Syn około trzy godziny dusił się w łonie żony”

Gdzie był lekarz, gdy trwał poród Stasia? „Syn około trzy godziny dusił się w łonie żony”

Dodano: 
szpital, pacjent, choroba, świńska grypa (fot.Tyler Olson/ Fotolia.pl)
Podczas porodu na sali nie było lekarza dyżurnego, z personelem kontaktował się telefonicznie. Dziecko przyszło na świat z niedotlenieniem, w przyszłości będzie niepełnosprawne. Zdruzgotani rodzice skierowali sprawę do prokuratury.

Pani Marta pojechała do szpitala zaraz po tym, jak odeszły jej wody. – Obudziłam męża i o godz. 3.30 byłam już na miejscu. Przyszedł lekarz, zlecił badania m.in. KTG. Zapis był nieprawidłowy, lekarz spojrzał i kazał to obserwować. I tyle widziałam lekarza… – mówi Marta Długosz, matka Stasia.

„Żona wiła się z bólu”

Choć wynik badania KTG, czyli echa serca dziecka był nieprawidłowy, główny lekarz dyżurny zalecił jedynie położnym, monitorowanie pacjentki. – Zwróciłem uwagę na te bóle, bo żona jest odporna, a już nie mogła wytrzymać. Ściskała łóżko, widziałem, jak się wije z bólu – mówi Michał Długosz, ojciec Stasia. I dodaje, że położne widząc złe wyniki „tylko kręciły głową i odchodziły”. – Lekarz dzwonił. Z żoną uważaliśmy, że jest w szpitalu, że jest, gdzieś obok – relacjonuje pan Michał.

Ale lekarza dyżurnego nadal nie było przy pani Marcie. – U małego nie było już tętna. Nie oddychał, nie biło mu serce. Dostał adrenalinę, został przeprowadzony masaż serca. Resuscytacja i dopiero wtedy zaczęło mu bić serce, wrócił oddech. Był w stanie krytycznym – opowiada o porodzie ojciec dziecka.

Gdzie w czasie był lekarz dyżurny? O siódmej rano na oddziale pojawiła się kolejna zmiana personelu, lekarze, zauważyli, że tętno dziecka zanika. Podjęto decyzję o natychmiastowym cięciu cesarskim. – Obudziłam się o godz. 9.30. A mały urodził się o godz. 7:58. Spytałam męża, co ze Stasiem? Zdążył odpowiedzieć, że wywożą go i znowu straciłam przytomność, bo nie mogłam do siebie dojść. Nie mogli mnie wybudzić – mówi Marta Długosz.

Skutki niedotlenienia

U małego Stasia nastąpiło niedotlenienie mózgu. – Syn około trzy godziny dusił się w łonie żony – wskazuje pan Michał. Dziecko udało się uratować. Jednak ze względu na poważne skutki niedotlenienia, noworodka przewieziono do specjalistycznej kliniki w Łodzi.

– Staś trafił do nas w bardzo ciężkim stanie. Z wywiadu wiemy, że dziecko było ciężko niedotlenione okołoporodowo. U takich dzieci często występują objawy mózgowego porażenia dziecięcego, nawet z porażeniem czterokończynowym – mówi prof. Ewa Gulczyńska, z Instytutu Centrum Matki Polki w Łodzi.

Skutki niedotlenienia mózgu mogą być dramatyczne. Dziecko może mieć problemy z poruszaniem się, mówieniem, przełykaniem pokarmu. Staś będzie w przyszłości wymagał ciągłej rehabilitacji i opieki osób trzecich. Jak zaznacza profesor Gulczyńska na razie precyzyjnie nie można zdiagnozować choroby Stasia.

– To wszystko jest przed nami. Biorąc pod uwagę całość sytuacji klinicznej, wywiad okołoporodowy, badania, które do nas spływają i diagnostykę obrazową, można się spodziewać, że nie osiągniemy efektu, który bardzo chcielibyśmy osiągnąć – przyznaje prof. Gulczyńska.

Stanowisko dyrekcji szpitala

Ojciec Stasia nie może zrozumieć, dlaczego lekarz nie wykonał cesarskiego cięcia. – Jak lekarz widzi, że jest zły zapis od razu powinien zrobić cesarkę, zwłaszcza, że żona informowała go o tym, że wcześniej ją miała. Lekarza widziałem raz, przez trzy minuty. Później zobaczyłem go o godz. 8:30 w cywilnych ciuchach. Już po wszystkim – mówi pani Marta. I dodaje. – Lekarz poszedł krzyczeć na położne, dlaczego tak zrobiły. Później wrócił i powiedział, że coś go zaćmiło, że nie zrobił cesarki.

Dyrekcja szpitala nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego lekarz dyżurny był tylko pod telefonem. – Wiemy, że był popełniony błąd w ocenie podstawowego badania, czyli KTG. Opieka nad tą pacjentką wymagała więcej empatii i o wiele więcej merytoryki – przyznaje Tadeusz Bujnowski, zastępca dyrektora Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Skierniewicach.

Lekarz, który zlekceważył wyniki badań został zawieszony przez dyrekcję szpitala. Mężczyzna spotkał się z nami, lecz ostatecznie wycofał z publikacji swoje wypowiedzi. Twierdzi, że podczas dyżuru nie opuszczał szpitala, był w ciągłym kontakcie telefonicznym z personelem, a pacjentka była stale monitorowana.

Jeśli lekarz był w szpitalu, czemu nie było go z rodzącą? – Tego nie mogę zrozumieć. W stanie zagrożenia lekarz powinien być przy tym pacjencie być non stop – mówi Tadeusz Bujnowski.


„Lekarz pod telefonem to standard”

Anna Wójcik–Brzezińska, dziennikarka „Głosu Skierniewic i okolicy”, podkreśla, że telefoniczne dyżury w tym szpitalu są normą. – Dyżur lekarza pod telefonem jest standardem. Całemu personelowi, pielęgniarkom, położnym wydawało się, że z tą sytuacją sobie poradzą. Zapewniały matkę, rodzinę, że nic się nie dzieje, że wszystko jest pod kontrolą. Dopiero nad ranem, jak wynika z relacji matki, przyszła druga zmiana. Młoda położna miała zwrócić uwagę, że wyniki badań są zatrważające i natychmiast należy przystąpić do akcji porodowej – opowiada Wójcik–Brzezińska.

Sprawa trafia do prokuratury. Zawiadomienie złożyli rodzice dziecka, a potem także szpital. W toku śledztwa okazało się, że lekarz podczas dyżuru opuścił szpital. – Śledztwo prowadzone jest w kierunku narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, bądź ciężkiego uszczerbku na zdrowiu i nieumyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku – mówi Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi. I dodaje.

– Mamy pełną świadomość tego, że ocena skutków zdrowotnych będzie możliwa po pewnym czasie. Aktualnie gromadzimy materiał dowodowy. Priorytetem było zabezpieczenie dokumentacji medycznej. Ze strony lekarza dotarły do nas informacje, z których wynikało, że opuścił placówkę. Aktualnie dysponujemy pisemną informacją ze strony dyrekcji szpitala, z której wynika, że między godz. 5:20, a 5:40 lekarz z przyczyn rodzinnych opuścił szpital. W tym czasie na oddziale została inna lekarka – dodaje Kopania.

– To jest nie do opisania. Świat się nam i dzieciom zawalił. Mamy trzech synów. Przeżyli to strasznie, nie chcieli jeść, nie chcieli chodzić do szkoły. Pozamykali się w sobie, ciężko było do nich dotrzeć. Mały się zrobił nerwowy. Odbiło się to na całej naszej rodzinie – mówi Marta Długosz. I dodaje. – Każdy pyta, czy potrafię zapomnieć i wybaczyć? Tego się nie da wybaczyć. To, co przeszłam nie da się opisać słowami – kwituje kobieta.

Reportaż powstał dzięki zgłoszeniu tematu przez hasztag #tematdlauwagi.

Czytaj także

Czytaj także