Miłość w czasach Tindera. „Część użytkowników jest na etapie podbijania własnego ego”

Miłość w czasach Tindera. „Część użytkowników jest na etapie podbijania własnego ego”

Dodano: 
smartfon, telefon (zdj. ilustracyjne)
smartfon, telefon (zdj. ilustracyjne) / Źródło: Fotolia / kantver
Miłość i relacje, to zawsze był trudny temat. Zawsze można źle trafić, zawsze ktoś może nas zranić, albo okazać się matrymonialnym oszustem. Tinder to zwierciadło rzeczywistości.

Na całym świecie z Tindera korzysta ponad 50 milionów użytkowników (można korzystać w 30 językach, w 196 krajach świata). Wprawdzie nie wiadomo dokładnie, ilu Polaków zainstalowało tę aplikację, ale w raportu agencji konsultingowej IRcenter wynika, że w 2016 r. z Tindera skorzystało ponad 3 proc. polskich internautów czyli prawie 800 tys. osób, a tendencja rośnie. Codziennie 10 milionów osób na świecie wykonuje 1,6 miliarda swipeów, czyli przesunięć. Użytkownicy logują się średnio 11 razy dziennie, a na samym przesuwaniu spędzają średnio 35 minut na dobę (do tego niekiedy długie godziny korespondencji). Użytkownicy wykonują średnio 140 swipeów dziennie, co pokazuje, że płatni subskrybenci znacznie zawyżają średnią. Mężczyźni akceptują (przesuwają w prawo) aż 46 proc. wyświetlonych zdjęć kobiet. Kobiety tylko 14 proc. mężczyzn. To właściwie nie ma znaczenia, bo zabawa na poważnie zaczyna się dopiero wtedy, gdy dwie osoby przesuną się wzajemnie w prawo. Wtedy dochodzi do matchowania, czyli sparowania, i oboje mogą rozpocząć znajomość. Do 2017 roku na Tinderze zarejestrowano aż 20 miliardów matchów, szacuje się że dziennie na świecie za pomocą Tindera „paruje się” 26 milionów par. Wtedy dostajesz powiadomienie – dźwięk i wibrację.

„Na to uzależnienie nie ma odtruwania, nie dają metadonu, nie ma stowarzyszenia anonimowych tinderholików” – pisze w książce „50 twarzy Tindera” Joanna Jędrusik, kulturoznawczyni, autorka funpagega „Swipe me to the end of love” (ang. przenieś mnie na koniec miłości). Po rozwodzie, przez dwa lata randkowała za pośrednictwem Tindera, a blaski i cienie opisała w książce.

– Część użytkowników Tindera jest na etapie podbijania własnego ego. Kolekcjonując jak największą ilość par, podbudowują własną wiarę w siebie – mówi „Wprost” Jędrusik. Jednak zaznacza, że na Tinderze, tak jak w życiu. Wszystko może się zdarzyć. Ktoś, kto na początku szukał tylko poklasku, albo jednorazowego seksu, może spotkać miłość życia. I odwrotnie – ktoś kto liczył na stałą relację, może czerpać przyjemność z wielu spontanicznych randek.

Zdaniem Jędrusik Tinder jest niesłusznie demonizowany. – Utarło się myśleć, że to aplikacja na szybki seks, a przecież badania pokazują, że choćby w USA niemal 40 proc. związków poznało się przez internet (80 proc. użytkowników Tindera deklaruje, że szuka stałego związku red.). Podobnie jest z zarzutem, że aplikacja ma charakter uzależniający. To nie Tindera wina, że ktoś ma skłonności do uzależnień. To kwestia osobowości. Podobnie jest przecież choćby z graczami komputerowymi, potrafią się zatracić przed monitorem, aby potem przestać na jakiś czas grać, a później znów wrócić – tłumaczy.

Jej zdaniem Tinder to nic innego, jak lustro odbijające wszystkie problemy i mechanizmy życia w realu. – Miłość i relacje, to zawsze był trudny temat. Poprzednie pokolenia po prostu nie miały takich narzędzi, choć przecież anonse „Pani pozna Pana” zamieszczane w prasie codziennej miały ten sam cel, co randki z Tindera. Zawsze można źle trafić, zawsze ktoś może nas zranić, albo okazać się matrymonialnym oszustem. Szacuje się, że ponad 40 proc. użytkowników Tindera zataja, że jest w stałym związku. Ale inne badania pokazują, że właśnie taki procent Polaków się zdradza. Przecież poza Tinderem, na przykład na imprezach integracyjnych, w korporacjach, nawet w sanatoriach, wielu ukradkiem też zdejmuje obrączkę – kwituje Jędrusik.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2019
Artykuł został opublikowany w 34/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0