Coraz więcej prywatnych uczelni kształci medyków. „Czas doktorów Judymów minął. Młodzi lekarze widzą przepaść”

Coraz więcej prywatnych uczelni kształci medyków. „Czas doktorów Judymów minął. Młodzi lekarze widzą przepaść”

Dodano: 
Prof. Krzysztof J. Filipiak
Prof. Krzysztof J. Filipiak / Źródło: Archiwum prywatne
Młodych lekarzy kształcą w Polsce 22 uczelnie, ale i tak mamy mniej lekarzy na 10 tys. mieszkańców niż Ukraina, Czechy czy Słowacja. – Pozostaną w Polsce, gdy stworzy się im konkurencyjne warunki pracy – mówi prof. Krzysztof J. Filipiak. Rektor Uczelni Medycznej im. Skłodowskiej-Curie w Warszawie opisuje też, ile kosztuje rok prywatnych studiów medycznych i jak prywatne uczelnie kształcą medyków.

Wprost: Mamy czwartą falę COVID-19, a równocześnie protest medyków i „białe miasteczko”. Mamy też najniższą liczbę lekarzy w stosunku do liczby mieszkańców w krajach UE. Od kilku lat rośnie jednak liczba studentów medycyny, również na uczelniach prywatnych. Ministerstwo Zdrowia chce także, żeby przyszłych medyków kształciły uczelnie zawodowe. Czy dzięki temu sytuacja ma szansę się poprawić?

Prof. Krzysztof J. Filipiak: Ustalmy na początek stan faktyczny. Lekarze w Polsce w chwili obecnej kształceni są w 22 uczelniach, ale proces wykształcenia lekarza (6 lat), odbycia stażu podyplomowego (1 rok), jak i zdobycia specjalizacji, niezależnie od trybu jej realizacji (5-6 lat), oznacza, że dopiero po 13-14 latach od początku studiów wykształcamy specjalistę.

Tak więc nawet bardzo istotne zwiększenie liczby studentów da efekt powiększenia liczby lekarzy za ponad dekadę.

Oczywiście nowe uczelnie są w stanie wspomóc ten proces i już to robią. W samej Warszawie stacjonarne studia lekarskie podejmie od października 550 studentów na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym (WUM) i 320 studentów na pozostałych trzech warszawskich uczelniach kształcących lekarzy: Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW), Uczelni Łazarskiego (UŁ) i Uczelni Medycznej im. Marii Skłodowskiej-Curie (UM MSC).

Nadal to jednak kropla w morzu potrzeb. Popatrzmy na przygotowaną przeze mnie mapę obrazującą liczbę lekarzy na 10 000 osób w Polsce i we wszystkich sąsiadujących z nami krajach, a zrozumiemy w jakiej zapaści się znajdujemy.

Dane WHO 2021: Liczba lekarzy na 10.000 ludności

Te różnice będziemy wyrównywać przez następne dekady. O wiele szybciej można by uzupełnić braki kadr medycznych, znacząco podnosząc wynagrodzenia w ochronie zdrowia i poprawiając warunki pracy. Tylko wtedy zahamujemy odpływ kadr do krajów lepiej wynagradzających lekarzy, a być może również spowodujemy, że medycy zza wschodniej granicy będą zainteresowani przyjazdami do Polski, co dzisiaj ma jedynie symboliczny wymiar.

Od niedawna jest pan rektorem jednej z uczelni kształcących przyszłych lekarzy. Czym nauczanie na prywatnej uczelni medycznej różni się od kształcenia w uczelni publicznej, np. na WUM?

Nie widzę innych celów kształcenia lekarzy, niezależnie od typu uczelni. Wszyscy uczą się według tych samych programów szkoleniowych, mają te same przedmioty i ten sam poziom wymagań. Co więcej, nawet kadra nauczająca to często ci sami wykładowcy, pracujący wcześniej w publicznej uczelni.

Tak naprawdę, czy absolwenci będą różnić się przygotowaniem do zawodu, oceni Lekarski Egzamin Końcowy (LEK).

Medycyna jest jedynym takim kierunkiem studiów, gdzie o przyszłości kandydata, jego szansach na dostanie się na wymarzoną specjalizację, nie decyduje dyplom uczelni – ale wynik LEK.

Czytaj też:
Ma 44 lata, jest dziennikarzem TVP i właśnie dostał się na medycynę. „Przełomem była ciężka choroba ojca”

Stawia pan sobie za jeden z celów to, żeby wykształceni na pańskiej uczelni lekarze chcieli pracować w Polsce?

Jako rektor nie mogę stawiać sobie takich celów, bo to nie rektorzy uczelni medycznych są organizatorami systemu ochrony zdrowia. Jako profesor medycyny, polski lekarz, mogę marzyć o tym, że wykształceni w naszych uczelniach lekarze pozostaną w Polsce – ale to nie niewolnicy. Zostaną, gdy stworzy się im konkurencyjne warunki pracy lub gdy zamknie się granice i odbierze paszporty.

To pokolenie młodych, inteligentnych osób, które studiują medycynę, wchodzą na rynek pracy, porównują swój życiowy start z rówieśnikami – lekarzami w Europie Zachodniej – i widzą przepaść. To przepaść finansowa, dotycząca warunków pracy i jakości życia.

Tegoroczni aplikanci na wydział lekarski urodzili się w 2002 roku. Przypomnę, że traktat unijny Polska podpisała w 2003 roku, a członkiem Unii Europejskiej jesteśmy od 2004 roku. Ci młodzi ludzie całe życie są Europejczykami, nie znają innej rzeczywistości – mają pełne prawa osiedlania się i życia tam, gdzie chcą.

Gdy znają języki obce, mają prawo do wyboru systemu ochrony zdrowia i warunków pracy od Atlantyku po zasieki na białoruskiej granicy – i nikt im tego prawa, jak na razie, nie może odebrać.

Jak dużym zainteresowaniem cieszą się studia medyczne na prywatnej uczelni?

Prywatne uczelnie nie korzystają z dotacji państwowych, a więc studiujący medycynę uiszcza w nich czesne za studia. To jedyne ograniczenie zainteresowania studiowaniem tu. Zainteresowanie jednak nie słabnie, stąd też pojawiają się nowe uczelnie kształcące medyków.

Czytaj też:
Serca 20 mln Polaków niszczy cholesterol. Prof. Banach: Mamy narzędzia, by to zmienić

Limit miejsc określony w rozporządzeniu Ministra Zdrowia w uczelni, którą kieruję, bez problemu będzie wykorzystany na stacjonarnych studiach lekarskich. Istniejące uczelnie medyczne w Warszawie – bo te tylko porównywałem w zakresie oferty edukacyjnej – wyceniły w tym roku koszt jednego semestru kierunku lekarskiego pomiędzy 16 a 32 tys. zł.

Tak więc jeden rok nauki kosztować będzie aktualnie od 32 do 64 tys. złotych, w zależności od uczelni.

Dodam tylko, że zainteresowanie jest duże, zgłaszają się studenci z całej Polski, a także osoby, które zaliczyły pierwszy rok studiów medycznych na Słowacji czy na Ukrainie – są Polakami, chcą wrócić i studiować medycynę w Polsce.

Przez wiele lat pracował pan na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, stąd naturalne wydaje się pytanie, czy kierowana przez pana uczelnia będzie chciała konkurować z WUM jakością kształcenia przyszłych medyków?

Odpowiem przekornie, że wszystkie cztery warszawskie uczelnie kształcące lekarzy mają szczególne miejsce w moim sercu. W WUM pracowałem 24 lata, będąc m.in. prodziekanem wydziału lekarskiego i prorektorem tej uczelni, a w UŁ wykładałem przez rok farmakologię, zapoznając się ze specyfiką pracy w prywatnej uczelni – i bardzo wysoko ją oceniam.

Do UKSW mam szczególną słabość, ze względu na osoby moich przyjaciół, kolejnych rektorów tej uczelni – księży profesorów: Stanisława Dziekońskiego i Ryszarda Czekalskiego, jak i faktu, że obecnym dziekanem wydziału lekarskiego został mój współpracownik i habilitant z I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM – dr hab. Filip M. Szymański. W czwartej uczelni – UM MSC powierzono mi funkcję rektora, z urzędu więc troszczę się o nią i jej studentów najbardziej.

Czytaj też:
W tym roku grypa może zacząć się wcześniej. „Już od lata obserwujemy dziwne zachorowania”

Czy chcemy konkurować z WUM? W przyszłości raczej widziałbym to na płaszczyźnie konkurowania wynikami LEK. W chwili obecnej zdają go wyłącznie absolwenci WUM, spośród trzech pozostałych uczelni najbliżej tego sprawdzianu wiedzy jest UŁ, który od października ma już piąty, przedostatni rocznik studentów kierunku lekarskiego. Trzymam kciuki za ich LEK, bo to ich uczyłem w UŁ farmakologii klinicznej.

Co w kształceniu przyszłych lekarzy jest najważniejsze? Wiedza medyczna, empatia, poczucie odpowiedzialności – również takie, by nie odejść od łóżka pacjenta nawet, gdy zarabia się nie takie pieniądze, jak by się chciało, a organizacja leczenia szwankuje?

Myślę, że najważniejsze jest podniesienie jakości nauczania, odbudowanie relacji mistrz-uczeń, nauczyciel-student. Nie da jej się zbudować w ośmioosobowej grupie studentów z jednym asystentem przy łóżku chorego. Uczyć studentów muszą osoby dobrze opłacane, kompetentne, niezabiegane, nieprzepracowane, z doświadczeniem dydaktycznym.

To nie ma być fabryka kształcąca dziesiątki tysięcy studentów, ale raczej wzorzec dobrego college’u, w którym zna się wszystkich studentów i można nad nimi roztoczyć fachową opiekę – coś, co Anglosasi zowią „coaching”. W takiej uczelni chciałbym pracować.

Czytaj też:
Byliśmy w Białym Miasteczku. „To on wniósł tu ożywienie. Na odchodne dostał worek ziemniaków”

Wiedza medyczna jest oczywiście kluczowa, a empatia konieczna do bycia lekarzem. Poczucia odpowiedzialności nikt młodym lekarzom nie odmawia i w moim przekonaniu to właśnie poczucie odpowiedzialności każe im zaprotestować przeciwko bezwładowi organizacyjnemu, niedofinansowaniu, umieraniu z powodu braku dostępności nowoczesnych terapii i leków. Właśnie po to trzeba zaprotestować.

A czy winić ich za aspiracje godnego wynagrodzenia? Czas doktorów Judymów już minął, więc takie apele to chyba trochę nie na miejscu… Czy apelujemy również do młodych adwokatów, aby obniżali swoje honoraria? Tego typu demagogia jest równie groźna jak rzucanie słów „niech jadą” do emigrujących medyków. Oni, ci młodzi, właśnie to pamiętają.

Z punktu widzenia celów kształcenia, ważne jest adekwatne przygotowanie absolwentów do pracy lekarza i rynku pracy już na pierwszym kroku – stażu podyplomowego, który organizuje izba lekarska. Dlatego jednym z moich pierwszych ruchów było zaproszenie do rektoratu przedstawicieli władz warszawskiego samorządu lekarskiego z dr Łukaszem Jankowskim i dr Michałem Matuszewskim, aby porozmawiać o współpracy uczelni z okręgową izbą lekarską.

Spotkanie Rektora Uczelni Medycznej z przedstawicielami Okręgowej Izby Lekarskiej

Jakie stawia pan cele uczelni? Jaka jest wizja jej rozwoju?

Moją rolę w UM MSC pojmuję bardzo zadaniowo. To uczelnia o bardzo długiej tradycji i doświadczeniu w kształceniu innych zawodów medycznych, ale dopiero od ubiegłego roku kształcąca również lekarzy. Od października 2021 roku będzie prowadziła zajęcia kierunku lekarskiego dopiero na pierwszym i drugim roku. To zajęcia przedkliniczne; zajęcia kliniczne zaczynają się od trzeciego roku.

UM MSC posiada własny szpital onkologiczny w Wieliszewie, tam też zorganizowano nowoczesne prosektorium i bazę nauczania anatomii. Zajęcia przedkliniczne odbywają się w nowo wybudowanym kampusie akademickim w stolicy przy al. Solidarności. Uczelnia posiada jeszcze historyczny Pałac Lubomirskich w centrum Warszawy, w którym zorganizowano bibliotekę dla studentów, działa tam też rektorat.

Wizja rozwoju to organizacja zajęć klinicznych, podpisanie umów z partnerami takiego szkolenia, zatrudnianie kolejnych kadr. Jak na razie, nie mam z tym problemu – Warszawa jest dużym miastem, w którym działają liczne ośrodki naukowe, świetne szpitale wojewódzkie, miejskie, instytutowe, resortowe, a także prywatne – we wszystkich będziemy szukać partnerów edukacyjnych.

Moim zdaniem, cztery uczelnie kształcące lekarzy w Warszawie oraz piąta, z wydziałem lekarskim prowadzonym obecnie w Radomiu przez prof. Leszka Markuszewskiego, to dużo jak na 5,5-milionowy region mazowiecki. Ale z drugiej strony – mało jak na opłakany stan kadrowy w polskiej medycynie i na polskie potrzeby.

Na początku zdecydowanie stawiamy więc na cele dydaktyczne, kształceniowe, zwłaszcza w tragicznej polskiej sytuacji niedoboru kadr lekarskich. Równolegle należy rozwijać cele kliniczne – poszerzając i budując własną bazę kliniczną, powiększając kadry. Ukoronowaniem tych działań może być rozwój naukowy.

Bardzo ważne, aby te działania prowadzić w nowej uczelni równolegle, kadry i dorobek naukowy buduje się bowiem latami. Mam w tym pewne skromne doświadczenie, bowiem w ciągu 24 lat pracy w WUM udało mi się wypromować 22 doktorantów, być opiekunem 6 habilitacji, recenzentem blisko 60 doktoratów, 22 habilitacji i 12 profesur z uczelni z całego kraju. Mam więc zatem chyba dość dobre spojrzenie na to, jak wygląda rozwój kadr naukowych w medycynie, a zwłaszcza w internie i kardiologii.

Prof. dr hab. med. Krzysztof J. Filipiak – rektor Uczelni Medycznej im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie, kardiolog, hipertensjolog, internista, farmakolog kliniczny.
Artykuł został opublikowany w 39/2021 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także