Dwukrotnie słyszała, że umrze. „My już tej pani nie uratujemy”. Minęło 10 lat

Dwukrotnie słyszała, że umrze. „My już tej pani nie uratujemy”. Minęło 10 lat

Dodano: 
Barbara Górska: diagnozę raka jajnika usłyszała w wieku 26 lat. Prowadzi stowarzyszenie Niebieski Motyl
Barbara Górska: diagnozę raka jajnika usłyszała w wieku 26 lat. Prowadzi stowarzyszenie Niebieski Motyl / Źródło: Archiwum prywatne
– Często słyszałam, że coś jest nie tak, bo jak to: „chora, a chodzi w sukience, jeździ samochodem, uśmiecha się, pracuje”. Wiadomo, że są różne dni, nieraz trudno wstać, założyć sukienkę, zrobić makijaż, uśmiechnąć się. Choroba nie może jednak zabronić realizacji marzeń – mówi Barbara Górska, prezes stowarzyszenia Niebieski Motyl, która od 10 lat choruje na raka jajnika. Wcześniej dwukrotnie słyszała, że wkrótce umrze. Raz już pożegnała się z bliskimi.

Katarzyna Pinkosz, „Wprost”: Miałaś 26 lat, niespełna dwuletnią córeczkę. I nagle diagnoza: rak jajnika. Pierwsza myśl?

Barbara Górska: W pierwszym momencie w ogóle się w to nie wierzy. Nigdy nie brałam pod uwagę scenariusza, że na coś zachoruję. Raczej myśli się, że wszyscy inni mogą być chorzy, ale nie ja. Moje cele wówczas były zdecydowanie inne.

Jakie?

Jak u każdego: stabilizacja finansowa, żeby nie wynajmować mieszkania, tylko je kupić lub może wybudować dom, mieć lepszy samochód. To był bieg: praca-dom, potem urodziła się córeczka, opiekowałam się nią, ale też pracowałam. W pewnym momencie źle się poczułam: miałam problemy gastryczne, bóle kręgosłupa, czułam zmęczenie. Odsyłano mnie od lekarza do lekarza. Słyszałam, że nic mi nie jest, że wymyślam, pewnie nie chce mi się pracować i chcę dostać zwolnienie lekarskie. Dopiero po kilku miesiącach ginekolog stwierdził, że mam zmianę na jajniku i skierował mnie do szpitala.

W jednej chwili wali się dotychczasowy świat?

Ja jeszcze tego nie rozumiałam. W szpitalu powiedzieli mi, że mam bardzo wysoki marker CA 125. W ogóle nie wiedziałam, co to jest. Potem trafiłam na konsylium. Pamiętam, jak stałam na środku pokoju, wokół było wielu lekarzy, studenci. Jeden z profesorów powiedział, że muszę mieć operację, być może trzeba będzie usunąć jajnik, albo nawet oba, być może też macicę. Wszystko okaże się, jak „mnie otworzą”.

Rozpłakałam się. Zapytałam, czy to oznacza, że w najgorszym wypadku nie będę mogła już mieć dzieci. Pamiętam, że profesor spojrzał na mnie tak dziwnie i powiedział, że to nie jest moja najgorsza opcja. Tak naprawdę do końca nie wiedziałam, co on ma na myśli.

A może nie chciałam wiedzieć?

 0

Czytaj także