Coraz mniej przeszczepów w Polsce. Prof. Włodarczyk: Grozi nam zapaść w transplantologii

Dodano:
Operacja Źródło: Newspix.pl / Mikolaj Zacharow
– W Polsce transplantacje od żywych dawców są bardzo rzadkie, w czasie pandemii spadła również liczba wykonywanych transplantacji od osób po stwierdzeniu śmierci mózgu – mówi w rozmowie z „Wprost” prof. Zbigniew Włodarczyk, chirurg transplantolog. Ekspert ostrzega też przed dziurą pokoleniową w polskiej transplantologii – młodzi lekarze rzadko chcą wybierać tę specjalizację.

Wprost: 26 stycznia obchodziliśmy Dzień Transplantologii, ustanowiony w rocznicę pierwszego w Polsce udanego przeszczepu nerki w 1966 roku. I jest to faktycznie dzień, kiedy mówi się o sukcesach polskich lekarzy, o przeszczepach serca, nerek, wątroby. Jednak poza tym świętem, temat rzadko się porusza. Jak epidemia koronawirusa wpłynęła na polską transplantologię?

Prof. Zbigniew Włodarczyk: Niestety, w Polsce zmniejszyła się liczba przeszczepień. Rzadziej orzekana była śmierć mózgu, a to jest warunkiem, by myśleć o transplantacji.

Powodów było kilka. Przekształcenie szpitali, które dysponowały dużymi ośrodkami intensywnej terapii, w szpitale covidowe. Objawy, które mogły pośrednio wskazywać na zakażenie COVID-19 u osoby zmarłej, czyli np. „mleczna szyba” w tomografii płuc. Anestezjolodzy byli też bardziej obciążeni pracą z pacjentami chorymi na COVID-19.

Zwiększyła się jedynie liczba przeszczepionych serc, jednak liczba przeszczepień innych narządów zmniejszyła się o ok. 10-30 proc. Ten problem dotknął w różnym stopniu różnych ośrodków.

10-30 proc. mniej przeszczepień. Można powiedzieć: tyle Polaków straciło szansę na życie, bo przecież transplantacja to ratowanie życia.

Tak można powiedzieć. W przypadku chorych dializowanych, oczekujących na przeszczepienie nerki, nie jest to może tak bezpośrednie przełożenie, gdyż oni będą po prostu dłużej czekać na przeszczepienie.

Oczekiwanie zwiększa jednak ryzyko, pacjent może umrzeć nie doczekawszy przeszczepienia.

Jeszcze przed epidemią COVID-19 liczba przeszczepień była w Polsce mniejsza niż w innych krajach UE. Właściwie dlaczego?

Na pewno nie jest to kwestia mniejszej liczby potencjalnych dawców, gdyż liczba przypadków śmierci mózgu jest mniej więcej podobna w krajach wysoko rozwiniętych. Niestety, nie wszystkie szpitale, które mają możliwości prowadzenia pacjentów ze schorzeniami prowadzącymi do śmierci mózgu, są aktywne donacyjnie.

Nie wszystkie szpitale, które dysponują łóżkami intensywnej terapii, mają oddziały neurochirurgiczne, prowadzą rozpoznanie śmierci mózgu. Zdarzają się sytuacje, kiedy doszło do śmierci mózgu, jednak nie została ona rozpoznana.

Lekarze obawiają się rozmawiać na ten temat z rodzinami pacjentów, czy brakuje świadomości społecznej, czym jest śmierć mózgu?

Przyczyny są złożone. Większość lekarzy nie obawia się rozmawiać z rodzinami, jednak przy znacznym obciążeniu pracą, ta gotowość do prowadzenia bardzo trudnych rozmów z rodziną może być mniejsza.

Jeśli na oddziale intensywnej terapii jest piętnastu bardzo ciężko chorych pacjentów, a szesnasty pacjent jest po śmierci mózgu, to w naturalny sposób lekarz anestezjolog może stwierdzić, że musi ratować pozostałe 15 osób i nie ma czasu na taką rozmowę.

Oczywiście, stwierdzenie śmierci mózgu i pobranie narządu też jest ratowaniem życia, i to wielu osób, ale oni są dalej. Ich nie widać.

Nie wszyscy lekarze mają też tę wyjątkową umiejętność rozmowy w trudnych sytuacjach, a są one ekstremalne emocjonalnie. Trzeba czasu, empatii, by wytłumaczyć, że w tej trudnej chwili, w jakiej znalazła się rodzina, warto jednak powiedzieć „tak” i dać przyzwolenie na pobranie narządów.

Konieczna jest zgoda rodziny na pobranie narządów?

Polskie przepisy nie wymagają zgody rodziny, jeśli zmarły jest pełnoletni – jednak oczekujemy takiej akceptacji. Nie pobieramy narządów bez zgody rodziny, chyba że zmarły za życia sam wyraził taką zgodę. Chylę czoła przed lekarzami, którzy czasem spędzają wiele godzin na trudnych rozmowach. W małych środowiskach pojawia się też element obawy przed skrajnymi reakcjami rodzin zmarłych, spotkaliśmy się nawet z groźbami w stosunku do anestezjologów.

Nastawienie społeczne w zasadzie jest pozytywne. Jak wynika z badań socjologicznych, ok. 80 proc. osób zapytanych, czy po swojej śmierci wyraziłoby zgodę na pobranie narządów, odpowiada: „tak” lub „raczej tak”. Ten odsetek nieco zmniejsza się, jeśli pytamy o członka ich rodziny, choć ciągle jest wysoki.

Jednak w sytuacji rzeczywistej, gdy pojawia się dramatyczny moment śmierci najbliższego człowieka, decyzja może być inna, bo naturalną reakcją człowieka na trudną sytuację jest negacja. Problemem jest też to, że wiele osób nie odróżnia śmierci mózgu od stanu wegetatywnego.

W Polsce tylko kilka procent narządów to przeszczepy od dawców żywych, w innych krajach takie przeszczepy są zdecydowanie częstsze. Jakie narządy można przeszczepić od dawcy żywego – i czy jest to dla niego bezpieczne?

Od dawcy żywego można przeszczepić albo jeden z narządów parzystych, czyli nerkę, albo ten fragment narządu, który się regeneruje, czyli fragment wątroby, najczęściej lewy płat. Pobierając lewy płat wątroby, nie upośledzamy funkcji wątroby, pobierając jedną nerkę również – pod warunkiem, że druga jest zdrowa. Oczywiście, wcześniej trzeba być tego pewnym.

W Polsce rocznie wykonuje się kilkanaście, maksymalnie kilkadziesiąt przeszczepień od dawców żywych. To niewiele. Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze, mamy bardzo restrykcyjne zasady, jeśli chodzi o badanie dawcy: musimy się upewnić, że jest on całkowicie zdrowy. Proces badań trwa nawet miesiąc i dłużej. Po drugie: być może jesteśmy społeczeństwem trochę bardziej schorowanym niż społeczeństwa Europy Zachodniej. Częściej wykrywamy schorzenia niewidoczne na pierwszy rzut oka, które są przeciwwskazaniem.

Czasem dializowani pacjenci nie chcą rozmawiać z rodzinami na temat przeszczepienia nerki, obawiają się, że taka sugestia mogłaby być odczytana jako próba wywarcia nacisku. Znaczenie może mieć też obawa dawcy przed tym, że będzie postrzegany jako osoba w pewnym sensie niepełnosprawna, przez co może stracić pracę.

Poza mniejszą liczbą narządów do przeszczepień, jakie są największe bolączki polskiej transplantologii?

Kwestie ekonomiczne: wyceny procedur transplantologicznych nie zostały zmienione przez ostatnich kilkanaście lat. Coraz częściej do tych procedur szpitale dokładają.

Kolejna rzecz: brak młodych ludzi, którzy chcieliby robić taką specjalizację. Transplantologia jest nadspecjalizacją: młody lekarz, który chce zostać transplantologiem w zakresie dziedzin zabiegowych, czyli chce przeszczepiać i pobierać narządy, musi najpierw zrobić specjalizację z chirurgii (kardiologii lub urologii), a dopiero potem z transplantologii. Musi też zostać zatrudniony w ośrodku transplantacyjnym.

To bardzo niszowa dziedzina, nie ma możliwości prowadzenia prywatnej praktyki. Wymaga stałej gotowości do pracy 24 godziny przez siedem dni w tygodniu. W efekcie pojawia się dziura pokoleniowa. Moje i nieco młodsze pokolenie transplantologów powoli dochodzi do wieku emerytalnego.

Za kilkanaście lat grozi nam zapaść w transplantologii?

Za 10-15 lat tak może się stać. Młodzi lekarze szukają dziś atrakcyjnych dziedzin medycyny, także ekonomicznie. Transplantologia taką nie jest.

Nie żałuje pan jednak, że ją wybrał?

Nie, nie żałuję. Dała mi wiele pozytywnych przeżyć, mogłem operować wielu pacjentów, uratować im życie. Mogłem pracować z najwybitniejszymi transplantologami, jestem z tego dumny.

Gdybym jednak teraz miałbym radzić mojemu synowi wybór, to pewnie bym się zastanawiał. To piękna i ważna dziedzina, jednak nigdy nie była bardzo doceniana. Mówi się o niej z okazji Dnia Transplantologii, jednak później jest trochę zapomniana.

Prof. dr hab. Zbigniew Włodarczyk jest kierownikiem Katedry Transplantologii i Chirurgii Ogólnej Collegium Medicum w Bydgoszczy UMK w Toruniu

Źródło: Wprost
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...