Już by mnie nie było…

Już by mnie nie było…

Dodano: 
Karolina nigdy nie paliła, nie palił też nikt z jej rodziny. Mimo to zachorowała na nowotwór płuc
Karolina nigdy nie paliła, nie palił też nikt z jej rodziny. Mimo to zachorowała na nowotwór płuc / Źródło: Materiały prasowe
Miała 28 lat i dwuletniego synka, gdy usłyszała diagnozę: rak płuca z przerzutami. Pomyślała: „Czy synek mnie zapamięta?”

Karolina mieszka w wiosce na Opolszczyźnie; nie ma tu przemysłu, tereny niemal ekologiczne. Kończyła fizjoterapię na AWF we Wrocławiu, hobbystycznie prowadziła zajęcia z aerobiku. To właśnie podczas ćwiczeń zaczął się pojawiać kaszel. Z czasem zaczął się nasilać; nie pomagały syropy ani antybiotyk. Przestraszyła się wtedy, gdy w odkasływanej wydzielinie pojawiła się krew. Lekarz podejrzewał gruźlicę, sarkoidozę, wypisał skierowania na zdjęcie rentgenowskie i do pulmunologa.

– Diagnoza: „rak płuca z przerzutami do opłucnej i węzłów chłonnych” zwaliła mnie z nóg. Zastanawiałam się, ile jeszcze muszę żyć, żeby synek mnie zapamiętał – głos Karoliny się załamuje.

Od tamtej chwili minęło pięć lat. Dziś rano była w pracy, a po południu kończyła sadzić nagietki w doniczkach na podwórku.

Od chemii do leczenia celowanego

Chemioterapia w Centrum Onkologii w Gliwicach nie dała efektu. Po radioterapii choroba na dwa lata przycichła, ale potem nastąpił nawrót. Lekarze nie dawali szans na więcej niż kilka miesięcy życia.

– Zadzwoniła koleżanka: „Musisz jechać do Warszawy, do Centrum Onkologii”. Nie miałam ochoty. W czym mogli pomóc? Miałam rozpocząć chemioterapię, ale wizyta u profesora Dariusza Kowalskiego­ zmieniła moje życie – opowiada Karolina.

Odradził chemioterapię, gdyż zamknęłaby pozostałe drogi leczenia. Powtórnie wykonane badanie histopatologiczne nowo­tworu wykazało obecność rearanżacji w genie ALK, której nie stwierdzono we wcześniejszych badaniach. Potwierdzenie ALK-dodatniego raka płuca otworzyło drogę do leczenia lekiem ukierunkowanym molekularnie: kryzotynibem. Choroba cofnęła się, Karolina wróciła do życia.

Jednak po dwóch latach leczenia wyczuła pod pachą powiększony węzeł. Tomografia potwierdziła kolejną wznowę. – Profesor wspominał, że tak może się stać. Otrzymałam jednak możliwość uczestniczenia w badaniu klinicznym alektynibu. To lek drugiej generacji, który przełamuje oporność na wcześniejsze leczenie u chorych z rearanżacją w genie ALK – opowiada.

Węzeł chłonny wrócił do zwykłej wielkości, Karolina czuje się dobrze. A całe leczenie to cztery tabletki rano i cztery wieczorem.

Dzięki nim żyję

Dwa-trzy razy w tygodniu jeździ do gabinetu, gdzie prowadzi terapię pacjentów (pracuje jako fizjoterapeutka). Synek (Antek) w kwietniu skończył siedem lat, we wrześniu idzie do pierwszej klasy.

– Chodzę z nim na basen, rower, choć on wie, że nie dam rady go dogonić na rowerze, jak przyspieszy. Pójdę na pięcio­kilometrowy spacer, ale nie jestem w stanie biegać, a przy wejściu na czwarte piętro mam przyspieszone tętno. Kiedyś pokonywałam taki dystans w podskokach – gdy Karolina mówi dłużej, emocjonalnie, w głosie słychać lekką zadyszkę.

Jej życie jest podzielone wizytami w Warszawie co cztery tygodnie. Jedzie z mężem, który ją wspiera. Antek zostaje z dziadkami. Karolina ma badania krwi, EKG, potem wizyta u profesora; jeśli wszystko jest w porządku, dostaje porcję leków na kolejny miesiąc. Nie pogodziła się z chorobą, ale umie z nią żyć, a nowy lek daje nadzieję.

Mówi, że nawet zaawansowany rak to nie wyrok, skoro ona żyje z nim już pięć lat, a Barbara, „koleżanka z korytarzy Centrum Onkologii”, siedem lat: – Myślę o szkole Adasia, o pierwszej komunii. Z wdzięcznością myślę o profesorze, innych lekarzach i ludziach, których nawet nie znam, a dzięki którym te leki są w Polsce. Gdyby nie oni i te leki, już by mnie nie było…

Okładka tygodnika WPROST: 22/2019
Artykuł został opublikowany w 22/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0