Awantura o pigułkę

Awantura o pigułkę

Dodano: 
Mimo oporów resort zdrowia zniósł recepty na antykoncepcję awaryjną. Prawica protestuje, choć – wbrew powszechnej opinii – nie chodzi o środek wczesnoporonny.

O tym, że środek ellaOne ma być dostępny w krajach Unii Europejskiej bez recepty, zadecydowała w pierwszym tygodniu stycznia Komisja Europejska. Ostateczna decyzja miała jednak należeć do władz krajów członkowskich. Z początku polskie Ministerstwo Zdrowia było oporne, zwłaszcza że podczas posiedzenia KE jego przedstawiciele głosowali przeciwko dyrektywie. – Uważamy, że dostępność tabletki jest wystarczająca, recepta nie jest jakimś wielkim utrudnieniem – przekonywał wiceminister zdrowia Sławomir Neumann. Wieczorem tego samego dnia, po kilkugodzinnej awanturze, jaka przetoczyła się przez media, rzecznik resortu Krzysztof Bąk powiedział jednak, że KE nie pozostawiła krajom członkowskim wyboru, i zapewnił, że ellaOne będzie dostępna bez recepty.

Lewica odetchnęła z ulgą. Na prawicy zawrzało. Małgorzata Terlikowska, żona Tomasza, publicysty „Frondy”, oświadczyła w TVN24, że ellaOne to „trutka na dzieci”, a dr Andrzej Zoll, były rzecznik praw obywatelskich i były prezes Trybunału Konstytucyjnego, powiedział, że pigułka łamie ustawę antyaborcyjną z 1993 r. – Przekręcono moje słowa – broni się prof. Zoll w rozmowie z „Wprost”. – Powiedziałem, że jeśli pigułka powoduje uśmiercenie zarodka, to stanowi obejście ustawy antyaborcyjnej – precyzuje. Jednak jego słowa wywołały ostrą reakcję prawicowych mediów. – Dlatego zanim ktoś zacznie wypowiadać się o aspektach prawnych antykoncepcji awaryjnej, powinien poznać mechanizm jej działania – mówi prof. Romuald Dębski, kierownik Kliniki Położnictwa Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego i mazowiecki konsultant wojewódzki w dziedzinie endokrynologii ginekologicznej i rozrodu. – EllaOne to środek odsuwający jajeczkowanie, a więc uniemożliwiający zapłodnienie. Pigułka opóźnia je nawet o pięć dni, a plemniki nie są w stanie przeżyć tak długo w organizmie kobiety i do zapłodnienia po prostu nie dochodzi – precyzuje profesor. I dziwi się, że środowiska prawicowe protestują przeciwko pigułce po, a milczą w sprawie powszechnie dostępnej w Polsce wkładki wewnątrzmacicznej: – Przecież jednym z jej możliwych działań jest właśnie powodowanie obumarcia płodu – zżyma się profesor.

Kolejnym argumentem przeciw antykoncepcji awaryjnej jest jej rzekoma szkodliwość dla organizmu. Portal Deon. pl, który nazywa ją „trutką na lemingi”, informuje, że „zastosowana w stresie i bez głębszej refleksji” może mieć fatalny wpływ na zdrowie. A prof. Bogdan Chazan, który w lecie, powołując się na klauzulę sumienia, odmówił legalnej aborcji płodu z poważnymi wadami genetycznymi, powiedział Katolickiej Agencji Informacyjnej, że lek „może mieć dewastacyjny wpływ na zdrowie prokreacyjne kobiet”.

Prof. Dębski nie zgadza się z tą opinią: – 18 proc. pacjentek doświadcza bólu głowy, 12-13 proc. nudności i wymiotów, a u kilku procent występuje zmęczenie. To nie są groźne skutki uboczne. Zresztą octan uliprystalu, czyli substancja czynna ellaOne, w dawce 5 mg, sprzedawany jest pod nazwą Esmya jako lek na mięśniaki macicy. Pacjentki przyjmują go codziennie przez trzy miesiące, po których robi się miesięczną przerwę, i jakoś nikt nie skarży się na ich skutki uboczne, a księża nie podnoszą larum – dodaje prof. Dębski. Odpowiedzialny za politykę lekową wiceminister Igor Radziewicz-Winnicki dodaje, że resort zdecydował się znieść recepty na ellaOne właśnie dlatego, że jest bezpieczna. – A to znaczy, że jeśli ktoś jej nie przyjmie, przyjmie ją w podwójnej dawce, za późno lub za wcześnie, to nic mu się nie stanie. Byłem już pytany, co będzie, jeśli zażyje ją mężczyzna albo 13-latka. I jeszcze raz odpowiadam: nic. Bo lek bezpieczny to taki, którym nie można się zatruć – mówi „Wprost” wiceminister. Prof. Dębski dodaje, że przedawkowaną pigułkę organizm po prostu zwróci w postaci wymiotów. – Nie jest toksyczna i nie można się nią zatruć – twierdzi. Marta, 35-latka z Warszawy, ellaOne uważa za świństwo, ale przyznaje, że spośród kilku znajomych tylko ona miała po pigułce lekkie sensacje żołądkowe, a potem przez dwa miesiące brak okresu. – Musieli mi go wywoływać – opowiada kobieta, marketingowiec w polskiej filii amerykańskiego koncernu. Dlatego od tamtej pory regularnie bierze tabletki antykoncepcyjne.

Jednak zdaniem dr. Ryszarda Rutkowskiego, stołecznego ginekologa, który w publicznej przychodni na Grochowie przyjmuje kilkadziesiąt pacjentek dziennie, takie kobiety jak Marta – wykształcone i zamożne – po „pigułkę po” sięgają rzadko. – Proszą o nią głównie kobiety biedne, których nie stać na tabletki antykoncepcyjne, i te, które do seksu ktoś zmusił. Przyjmuję je bez zapisów i czekam z receptą, bo wiem, jakie tragedie kryją się za taką niechcianą ciążą – dodaje doktor, który zniesienie recept na ellaOne uważa za świetną wiadomość. – EllaOne kosztuje wprawdzie 160 zł, ale odchodzi koszt wizyty u lekarza, który w większości miejsc wynosi około 100 zł, a co najważniejsze, wielu kobietom oszczędzi się wstydu związanego z tłumaczeniem się lekarzowi – dodaje dr Rutkowski.

Jego zdaniem najważniejsze, że do antykoncepcji awaryjnej wreszcie dostęp będą miały Polki z małych miejscowości, gdzie jeden ginekolog sprawuje także rząd sumień i odmawia recept w trosce o życie poczęte. Nie rozumie tylko, dlaczego bez recepty ma być dostępna ellaOne, a nie trzykrotnie tańszy (kosztuje około 55 zł) postinor, działający co prawda do 72 godzin po stosunku, ale o niemal identycznych właściwościach co droższa pigułka. Igor Radziewicz Winnicki tłumaczy jednak, że Komisja Europejska podjęła decyzję tylko w sprawie nowszego środka. Marek Balicki, były minister zdrowia i szef Wolskiego Centrum Psychiatrii, cieszy się, że resort zdrowia ostatecznie zdecydował się zastosować do dyrektywy Komisji Europejskiej: – W przeciwnym razie znaczyłoby to, że nie traktuje nas jak dorosłych obywateli i postanawia decydować za nas – uważa Balicki. A wicemarszałkini Wanda Nowicka, która od lat walczy o prawo Polek do aborcji, antykoncepcji i edukacji seksualnej, twierdzi, że na radość pozwoli sobie dopiero wtedy, kiedy osobiście kupi ellaOne w aptece. – Jeśli rzeczywiście rząd zniesie recepty na antykoncepcję awaryjną, będzie to z jego strony pierwsza ważna decyzja dotycząca kobiet. Wszystkie inne są do tej pory opóźniane, jak choćby ustawa o in vitro, bo trzeba odróżnić program rządowy, który finansuje in vitro w bardzo ograniczonym zakresie, od rozwiązań ustawowych – mówi. Obawia się jednak, że wydawanie ellaOne bez recepty będzie odsuwane w czasie: – Już słyszałam, że producent będzie musiał zmienić opakowanie i napisać na nim, że lek jest dostępny bez recepty, a to przecież może potrwać.

Z kolei dr Ryszard Rutkowski boi się reakcji aptekarzy: – Ich wprawdzie nie obowiązuje klauzula sumienia, ale wielu z nich, szczególnie w mniejszych miejscowościach, zdarza się ograniczać dostęp do leków antykoncepcyjnych. Po prostu ich nie sprowadzają albo codziennie mówią, że będą jutro, podczas gdy ten środek należy zażyć jak najwcześniej, bo każdy dzień zwiększa szansę zapłodnienia – tłumaczy lekarz. A Wanda Nowicka dodaje, że w ten sposób skazują kobiety na piekło antyaborcyjnego podziemia, w którym zabiegi wykonuje się pokątnie, drogo i bez gwarancji bezpieczeństwa. – Kobiety decydują się na przerwanie ciąży najczęściej z przyczyn kryminalnych, kiedy jest ona wynikiem gwałtu, albo ekonomicznych, gdy wiedzą, że nie będą w stanie utrzymać dziecka. A do stresu związanego z aborcją dochodzi jeszcze strach o własne życie. Pigułka antyaborcyjna może im go oszczędzić, ważne więc, by była dostępna bez recepty jak najszybciej – tłumaczy. ■

Okładka tygodnika WPROST: 4/2015
Więcej możesz przeczytać w 4/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także