Pacjent w onkologicznej dżungli

Pacjent w onkologicznej dżungli

Dodano: 
Przykazania dla chorych na raka w Polsce: po pierwsze nie denerwować doktora, po drugie dbać o pielęgniarki, po trzecie nauczyć się czekać.

Najlepsi diagności, najlepsi chirurdzy – mówią ludzie czekający w wielogodzinnych kolejkach w wielkim centrum onkologicznym w Warszawie, jednym z najbardziej znanych ośrodków w Polsce. Niektórzy, by leczyć się właśnie tutaj, przyjeżdżają z drugiego końca Polski. Od kilku dni do ośrodka trafiają też pierwsi pacjenci z tzw. zieloną kartą. Z podejrzeniem nowotworu kierują ich tu między innymi lekarze rodzinni. Nowo przybyłych przerażają kolejki i organizacyjny bałagan. Doświadczeni bywalcy tłumaczą, że to normalne, a do upokorzenia i bezradności należy przywyknąć.

ŻĄDAMY SZACUNKU

Na korytarzu prawdziwe tłumy. Idę pomiędzy stłoczonymi pacjentami. – Jestem tu od czterech godzin i nawet nie wiem, o której wejdę – irytuje się ktoś. – Jaki delikatny. Ja tu kiedyś byłam na dziewiątą i wyszłam o 23 – rzuca z dezaprobatą stojąca obok kobieta. Jedni tracą nerwy, inni starają się tonować emocje. – Nie denerwować doktora. Po pierwsze nie denerwować pana doktora – proszą zirytowanych. Zdenerwowany lekarz ma humory. Poziom emocji rośnie. – Żądamy szacunku. Powinni nas bardziej szanować! – krzyczy ktoś z tłumu. Rozlega się głośne klaskanie. Głos z zawieszonego pod sufitem megafonu obwieszcza: „Proszę o ciszę pod gabinetem numer 35. Utrudnia się nam pracę”. Bunt zostaje spacyfikowany. Chwilowo. – Jak tu się człowiek uczy pokory – wzdycha starsza pani. Na wczorajszą wizytę czekała trzy tygodnie. Jechała z daleka, nie zdążyła. Liczy, że dziś doktor ją przyjmie. Zaczepia pielęgniarkę. – Nie jest tak, że pacjent przychodzi, kiedy mu się podoba – personel jest niewzruszony. Wrażenie robią dopiero łzy kobiety. – Dobrze, ale żeby mi to było ostatni raz – mówi pielęgniarka i znika za drzwiami. Wychodzi za chwilę obwieścić, że pan doktor nie wyraził zgody. – Zapisać się na inną wizytę – poleca. Termin za trzy tygodnie. – Sami ich rozpuściliśmy – mruczy pacjent z kolejki. – Przynosimy te kwiatki i czekoladki.

Podnoszą się protesty. – Panie, kto dziś z czekoladkami chodzi! – słychać głos z tłumu. Pacjenci ze smutkiem kiwają głowami. Dziwny rytuał przed kolejnym gabinetem. – Oddawać kontrolki – krzyczy ładna blondynka, która wzięła na siebie rolę organizatora kolejki. Kontrolka to karta pacjenta. W dniu wyznaczonej wizyty zgłaszasz się do rejestracji, żeby potwierdzić przybycie, a potem czekasz. Pacjenci posłusznie podają kontrolki. – Teoretycznie jesteśmy zapisani, ale jak lekarz nie dostanie kontrolki, nie wywoła pacjenta – tłumaczą zgromadzeni. Kontrolki wędrują do gabinetu. Siostra odbiera plik kilkudziesięciu kart i zamyka za sobą drzwi. Na nich wielki napis: „Nie podawać kontrolek!”. – Każdy lekarz ma swoje zwyczaje – słyszę. Próbuję dociec, co decyduje o kolejności przyjęć. Jedni twierdzą, że godzina zapisu. Inni, że kolejność przyjścia. Jeszcze inni, że ślepy traf i to, czyja kontrolka będzie na wierzchu. – Tak czy inaczej, to potrwa kilka godzin – mówią pacjenci.

SZEŚĆ MINUT NA PACJENTA

Jest południe. W warszawskim ośrodku to godziny szczytu. Tłok także w rejestracji. Zerkam przez ramię pacjenta pobierającego numerek. 244, przed nim 30 oczekujących. Wraca do okienka po niecałej godzinie. Nerwowo gestykuluje. Nie ta rejestracja? – Nowi pacjenci do rejestracji przy wejściu E – informuje głos zza szyby. Przy kolejnym okienku kobieta próbuje się dowiedzieć, dlaczego wizytę, którą miała mieć dziś, przeniesiono na inny termin. Miały być badania kontrolne, jest ryzyko przerzutów, każdy dzień się liczy. – Był do pani telefon. Uprzedzaliśmy, że zmienił się termin – informuje pani z okienka. Do kobiety podchodzi inna pacjentka. Jej wizytę też przeniesiono. Pytam przechodzącego lekarza dlaczego, ale nie wolno mu udzielać informacji. Tajemnicę rozwikłuje Beata. Spotykam ją na korytarzu. Czeka z innymi pacjentami. Kobieta dobiega czterdziestki, leczy się tu od dwóch lat i zna chyba każdego. Kluczowa okazuje się znajomość z pielęgniarkami. Beata rozmawia z jedną z nich. – Ona mówi, że to przez ten nowy pakiet onkologiczny. Szybka ścieżka. Pacjenci z zieloną kartą mają pierwszeństwo w przyjęciu, w badaniach. Brakuje miejsc. Dlatego dzwonią do tych, którzy już się tu leczą, i przekładają ich wizyty na późniejsze terminy – tłumaczy Beata, kiedy pielęgniarka znika. – Mamy nóż na gardle. To niesprawiedliwe, że wypadamy z kolejki – dodaje zmartwiona.

Wejście E. Rejestracja tych, którzy są tu po raz pierwszy. – Zielona karta? To coś, co upoważnia do wjazdu do Stanów Zjednoczonych – to jedna z interpretacji, ale jest kobieta, która słyszała o zielonej karcie szybkiej terapii onkologicznej. Dziś widziała na korytarzu kogoś, kto ją miał. – Była tu pani. Strasznie wkurzona. Jeden lekarz twierdził, że ma guza złośliwego, drugi, że łagodnego, trzeci, że nie ma guza – przypomina sobie. Po wkurzonej pani nie ma śladu. Jest mężczyzna, który prawie dostał zieloną kartę. Prawie, bo lekarz, który go przyjmował, długo nad kartą się głowił, aż w końcu dał za wygraną. – Mówił, że już jedną taką wystawił, ale teraz nie wie, jak to powtórzyć. Męczył się, myślał, kazał wrócić za tydzień. Do tego czasu jakoś to rozgryzie. Wystawił zwyczajne skierowanie do onkologa – opowiada.

Pacjentów z mityczną kartą nie widać. Są jednak pożądani. – Weszłam do gabinetu. Wizyta trwała sześć minut, a przez cztery lekarz rozprawiał z pielęgniarką, jak mnie sklasyfikować. Skierowanie mam, zielonej karty nie. Więc rozprawiali, co zrobić, żeby NFZ dobrze za mnie zapłacił – mówi jedna z kobiet. Podobnie zostały potraktowane inne osoby, z którymi czekała. Lekarz przyjmuje przez pięć godzin. Miał zapisanych 50 pacjentów. Sześć minut na pacjenta onkologicznego? Na jakiegokolwiek pacjenta? Diabelnie mało.

CHAM, ALE DOBRY FACHOWIEC

Pacjenta mającego prawo do szybkiej ścieżki onkologicznej znajduję przed jednym z gabinetów. Badania zrobiono mu rzeczywiście szybko. Kartę dostał. Teraz zaczęły się schody. – Proszę się przyzwyczaić, tak będzie prościej – tłumaczy mu jedna ze stałych bywalczyń. – Cokolwiek tu się stanie, to będzie pana wina. Lekarze zgubią badania, pana wina. Zbyt wielu pacjentów, pana wina. Będzie się pan czuł upokorzony i bezradny, ale trzeba przywyknąć – wtrącają inni. Nowo przybyłego zaniepokoiła wzmianka o gubionych badaniach. – Oczywiście, że zgubią. Nawet kilka razy – zapewniają czekające przed gabinetem kobiety. – Podczas całej terapii raz czy dwa razy zgubią nawet całą kartę.

Pacjent drąży temat: – Zgubią, ale znajdą? – Znajdą. Tylko trochę to potrwa. Proszę się nie denerwować i czekać. Tu czekanie jest podstawą – tłumaczą stałe bywalczynie z anielskim spokojem osób, które widziały już wszystko. Trzaśnięcie drzwiami. Z gabinetu wychodzi głośno łkająca kobieta. – Nowa pacjentka – bezbłędnie rozpoznaje konsylium pań. – Nowi na wiele rzeczy nie są przygotowani. Z czasem przywykną – tłumaczą. Słowa „przywyknąć” i „przyzwyczaić się” usłyszę tu wiele razy. Aby przetrwać w onkologicznej dżungli, poza spokojem podstawą jest wybór lekarza. – Do doktora A nie chodzić. To od niego ludzie wychodzą z płaczem. Trzeba się przepisać do doktora B. Ja do niego chodzę. Jest kochany.

Sprawa doktora A dzieli zgromadzonych. Wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że to „cham”, ale są tacy, którzy przekonują, że jednocześnie doskonały fachowiec. – Niesympatyczny, nerwowy, mnie powiedział, że będę żyć bardzo krótko, góra pięć lat. Bardzo nieprzyjemny – mówi jedna z pań. Wciąż do niego chodzi, bo chirurg ma pewną rękę i renomę w branży. – Ja psychicznie bym tego nie zniosła – wtrąca inna. – Specjalista, nie specjalista, ja bym takiemu d... skopał – dodaje syn kolejnej pacjentki. Jego matka walczy z rakiem od trzech lat. Wcześniej przychodził tu z ojcem. – Wielogodzinne czekanie pod gabinetem. Opryskliwi lekarze. Jedna wizyta to jedno badanie, kolejna wizyta za miesiąc. Na leczenie tata już się nie załapał. Czekanie w tej branży to śmierć. Teraz czekam tu z matką – tłumaczy chłopak, kiedy matka znika za drzwiami gabinetu. Do rozmowy przyłącza się jedna z oczekujących. – Doskonałym miejscem jest jeden z ośrodków pod Warszawą. Cudowni lekarze. Doskonała opieka. Leczyli tam moją teściową – przekonuje. – I jak teściowa się czuje? – pyta przysłuchujący się rozmowie mężczyzna. Kobieta chwilę się waha. Teściowa nie żyje. – Pięknie. Co mi tu pani zachwala – mężczyzna wybucha śmiechem. Śmiech rozładowuje napięcie.

CZAS RZUCIĆ PALENIE

Przed gabinetami lekarskimi siedzą dwie grupy pacjentów. Starzy, przywykli do wszystkiego, i nowi z przerażeniem w oczach. Jeśli ktoś przychodzi pierwszy raz, lepiej, by siadał obok tych uśmiechniętych. Leczą się od kilku lat. Przychodzą na kontrole. Czasem na kolejne chemie. Czują potrzebę opiekowania się tymi, którzy dopiero zaczynają terapię. Choć ich historie bywają dziwne. – Ja jestem gadułą. Po radioterapii miałam z tym kłopot – opowiada jedna z pań. – Przypalili mi płuco. Miałam problemy z oddychaniem. Trudno było mówić – tłumaczy z uśmiechem kobieta. Dodaje, że mogło być gorzej, bo mogli przypalić przewód pokarmowy.

Przekonanie, że „mogło być gorzej”, jest tutaj podstawą przetrwania w stosunkowo stabilnym stanie psychicznym. No i antydepresanty. Co jeszcze? Ktoś bliski. Starszej kobiecie towarzyszy mąż. Opowiada dowcipy. Zajmuje żonę rozmową. Jest duszą towarzystwa. Kiedy ona wchodzi do gabinetu, jego optymizm znika. – Ja to robię dla niej. Ktoś musi być twardy, ale jak tu przyjeżdżam, wszystko mnie boli. Widzę ją. Z dnia na dzień niknie w oczach. Nie z powodu choroby.

Z powodu czekania. Robią badania. Następna wizyta za trzy tygodnie. Siedzisz i czekasz jak na szafot. Trzy tygodnie to całe wieki. To nie rak ją zabija, to niepewność i czekanie – tłumaczy. Pacjenci przekonują, że tu osiąga się mistrzostwo w czekaniu. – Dobrze nas wytrenowali – słyszę. – Ale nie warto iść prywatnie. Na pojedyncze badanie może i tak. Ale jeśli potrzebne będzie leczenie... Terapia może trwać kilka lat. Moja znajoma postanowiła się leczyć prywatnie. Jej rodzina spłukała się doszczętnie, a kurację trzeba było kontynuować – mówi jedna z pacjentek. – Tutaj na badanie, na przyjęcie czeka się dłużej. Ale nie ma wyboru. Trzeba się uczyć czekania.

Choć czasem ważna jest szybkość. Tuż przed czternastą korytarzem biegnie kobieta. Dopada drzwi gabinetu. Zrobiła zlecone rano badanie i miała nadzieję na opinię lekarza. Za późno. Skończył pracę. Kobieta prosi o pomoc pielęgniarkę. Tłumaczy, że lekarz miał być jeszcze dziesięć minut. – Co z tego? Pan doktor wyszedł – słyszy. Najbliższy termin za trzy tygodnie. Po czternastej korytarze pustoszeją. Przed wyjściem szukam łazienki. Jej woń przywołuje wspomnienia podróży koleją. W drzwiach nie ma zamka. Klamka popsuta. Pacjenci korzystają z toalety, trzymając jedną ręką drzwi. Jest papier toaletowy. Nie ma mydła. Przez chwilę tępo gapię się w ścianę. W ośrodku onkologii jestem od ośmiu godzin. „Czas rzucić palenie” – myślę.

W toalecie spotykam kobietę, którą tego dnia kilkakrotnie mijałam na korytarzu. Pomagam jej przytrzymać drzwi, a ona odwdzięcza się radą. – Jeśli pójdziesz na oddział, koniecznie miej ze sobą kilka banknotów po 50 zł – szepce mi do ucha, gdy czekamy przy szatni. – Taki zwyczaj. Pielęgniarki proszą o pożyczkę. Najczęściej 50 zł. Nigdy nie oddają, ale są milsze – słyszę. Kobieta bierze mnie za pacjentkę. Na pożegnanie daje mi buziaka w policzek i życzy powodzenia. O dziwo, nie wspomina, że do wszystkiego trzeba przywyknąć. Słusznie uznaje, że po ośmiu godzinach pobytu w centrum akurat to już wiem. �

Okładka tygodnika WPROST: 5/2015
Więcej możesz przeczytać w 5/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także