Adaś uratowany

Adaś uratowany

Dodano: 
Kiedyś przyjechał tu ekspert z Anglii, konsultowaliśmy dziecko. Powiedział: „To nie jest do zrobienia”. A myśmy zrobili – opowiada prof. Janusz H. Skalski, kierownik Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej, w której uratowano dwuletniego Adasia.

Jest pan cudotwórcą?

Nie jestem cudotwórcą. Jestem świadkiem cudu.

A podoba się panu tytuł filmu o prof. Zbigniewie Relidze „Bogowie”?

Film jest dobry, ale tytuł głupi. Rozumiem jednak, że kontrowersyjny tytuł to zabieg marketingowy.

Dlaczego? Uruchamia pan do życia serce, które postanowiło, że przestanie bić.

Nie jesteśmy wszechwładni. Czasem pacjent umiera na stole, wiemy, że nie możemy już pomóc. Serce jest tak schorowane, że cokolwiek byśmy robili, nie ruszy. Skończyło się w nim życie. To jest ten margines naszej niemocy. Okrutny, przykry.

O czym się wtedy myśli?

Kiedy umiera dziecko, to jest ogromne nieszczęście. Każde jedno. Ale małe serce jest znacznie bardziej odporne niż u dorosłego człowieka. Jest dla nas cudownym materiałem do pracy. Przepięknie reaguje na wszystko, co dla niego dobre. Często przy stole operacyjnym modlimy się w duchu, żeby maluch przeżył. Żeby się pozbierał. Czasem podejmuje się wtedy w duszy jakieś zobowiązania. Jedni przed sobą, inni przed Bogiem. Takie przekomarzanie się: jak się uda go uratować, to coś zrobię. Bywa tak, że wszystko idzie dobrze, perfekcyjnie. A pacjent umiera. A bywa tak, że wszystko jest źle, pacjent nie chce nam wrócić, tracimy wiarę. A on po dwóch tygodniach idzie do domu.

Przypadek Adasia?

Obserwujemy cud. Adaś reaguje, je. Ma już nawet zachcianki, zażądał czekolady. Nie wiemy, jak długo będzie dochodził do siebie, bo medycyna nie zna takiego przypadku. Zrobiliśmy najlepiej, jak mogliśmy, co do nas należało, i jestem dumny, że działo się to tak profesjonalnie. Od chwili, kiedy Adaś wjechał na blok operacyjny, do momentu podłączenia układu ECMO minęło pięć minut. Ale jak wyjaśnić, że chłopiec nie ma nawet odmrożeń? Na to nie mieliśmy wpływu.

Żadnych? Po siedmiu godzinach spędzonych w piżamce, bez butów, przy minus pięciu stopniach mrozu?

Żadnych. Dotychczas odnotowano przypadek najbardziej wychłodzonego pacjenta, którego temperatura ciała wynosiła 13,7 stopnia, i przeżył, ale musiał mieć amputowane palce. U Adasia są tylko lekkie zaczerwienienia, ale nie wymagają leczenia.

Ma pan pomysł, jak to możliwe?

Niewątpliwie stan półsnu, w którym się znajdował, miał na to zbawienny wpływ. Zwolniony metabolizm i mniejsze zużycie tlenu spowodowały, że wszystkie organy cierpiały znacznie mniej. Jednak ten brak odmrożeń to coś przedziwnego. Ale cóż, piękno medycyny przejawia się właśnie w sokratesowskim „Wiem, że nic nie wiem”.

Czerpie pan z tego piękno, a nie frustrację?

Ten margines będący poza naszym racjonalnym zasięgiem dodaje czegoś wyjątkowego naszemu zawodowi. Ale kiedy to ma iść w złym kierunku, trzeba zapomnieć o wszelkich aforyzmach i wydrzeć z siebie flaki, żeby pacjent wyszedł. Mój wielki autorytet i mentor śp. prof. Leon Manteuffel-Szoege mawiał: „Jeśli jesteśmy staranni w 99 proc., to znaczy, że w 1 proc. popełniamy zbrodnię na pacjencie. Nie wolno zostawić sobie żadnego marginesu. Nie wolno odpuścić, nawet jeśli zrobiło się bardzo dużo. Trzeba zrobić wszystko”.

Jakiej wielkości jest serce maleńkiego dziecka?

Wielkości małego pendrive’a.

A pole operacyjne?

Mniejsze.

I jest pan w stanie za każdym razem dawać z siebie sto procent? Każdy ma czasem gorszy dzień.

Oczywiście, że jestem. Ja i mój zespół.

Jak często bierze pan udział w operacjach?

Odkąd przyszedłem tu do pracy, uczestniczyłem w każdej, która odbyła się w klinice.

A kiedy pan przyszedł?

Siedem lat temu.

Ile jest operacji w miesiącu?

Od 30 do 40. Poza tym proszę spojrzeć na ekran. Tu mam podglądy z bliskich kamer na sale i pole operacyjne.

To jest na żywo? Co oni robią?

Tak, na żywo. Teraz właśnie na jednym z bloków trwa zabieg, akurat dość prosty. Ale z trudnym też sobie poradzą. Działamy w oparciu o model amerykański. Nie jest tak, że szef robi wszystko, a pozostali są malutcy i specjalizują się w wąskich dziedzinach. Grupa składa się z ekspertów wysokiej klasy, kompleksowo wyszkolonych. Kiedy szefa nie ma, radzą sobie ze wszystkim, może nawet lepiej od niego. To dla mnie olbrzymia satysfakcja zawodowa. Dwóch moich docentów jest zapraszanych na wykłady przed najwyższymi gremiami.

Mamy dobrych lekarzy?

Nasza medycyna, nasi lekarze są jednymi z najlepszych. Polska kardiochirurgia dziecięca w ostatnich latach osiągnęła nieprawdopodobny sukces. Jest na znakomitym, światowym poziomie. Znaleźliśmy się w absolutnej czołówce. To jest patriotyzm, który powinniśmy pielęgnować. Dzisiejsza forma patriotyzmu to walka na frontach intelektualnych. I to nie są słowa bez pokrycia. Proszę spojrzeć w rankingi, Polska wyprzedza Zachód. To nigdy nie miało miejsca na taką skalę w polskiej medycynie. To jest coś zupełnie wyjątkowego, coś wielkiego. To może być dla nas wszystkich Polaków ogromny powód do dumy.

Co jest w tych rankingach?

Na przykład to, że w przypadku dramatycznych wad serca śmiertelność jest na poziomie trzy procent. To naprawdę nie jest źle. Weźmy zespół hipoplazji lewego serca. W całej Europie operuje się rocznie od 180 do 200 dzieci z tą wadą. Z czego w Polsce wykonuje się 90 zabiegów. Wielokrotnie trafiali do nas rodzice np. z podwójnym, polsko-angielskim obywatelstwem. Najpierw byli z dzieckiem w londyńskiej klinice, która jest uważana za mekkę wspaniałej medycyny. I tam mówiono im: „Jedźcie do Krakowa, będzie lepszy wynik, mają większe doświadczenie”. Kiedyś przyjechał tu ekspert z Anglii, konsultowaliśmy dziecko. Powiedział: „To nie jest do zrobienia”. A myśmy zrobili.

Niewiele osób wie, że mamy na tym polu takie sukcesy.

Ciągle nie mówi się o tym zbyt wiele. Może to się bierze stąd, że Polacy są narodem, który nie potrafi się do końca cieszyć sukcesem. Albo nie wierzy w sukces, albo zazdrości go innemu. Nienawidzą sukcesu drugiego. To fatalna cecha. Cokolwiek dobrego zrobimy, i tak przeczytamy w internecie, że bierzemy łapówki albo kłamiemy.

Taka nienawiść i żółć w organizmie wpływają na serce?

To nerwy! Serce ich nie lubi. Jako lekarz: nie zalecam.

Pan się często denerwuje?

Niestety bez przerwy. Użerając się z NFZ, który nie jest kryształową instytucją w tym kraju, nie zawsze zapłaci za wykonaną usługę. Ja się z nimi wiecznie kłócę i handryczę.

Ile procent swojego czasu poświęca pan na to szarpanie?

Za dużo. Ciągłe wyjazdy do Warszawy, walka o to, żeby pieniądze nie były najpierw przekazywane z Ministerstwa Zdrowia do NFZ, bo ich rozliczenia mogą nas skrzywdzić. Są tak obwarowani przepisami, że wciąż pojawia się problem, za co mogą zapłacić, a za co nie. Wiem, że oni też zwyczajnie nie mają pieniędzy i wiją się jak piskorz, żeby obracać tym, co jest. Błąd polega na tym, że ustanowiono zbyt mały odpis finansowy na służbę medyczną. Mamy siedem razy mniej środków na pacjenta, niż średnio przeznacza się w Europie. Jeśli nie ma pieniędzy, trudno. Ale skoro wykonujemy tę samą pracę, to chociaż miejcie dla nas szacunek. Bo tego nie ma ze strony NFZ.

Kiedy byłoby idealnie?

Kiedy dostaniemy uczciwą zapłatę za to, co robimy. Czyli zapłaci się za zakontraktowane zabiegi. Z resztą sobie poradzimy, potrafimy się gospodarować.

A na sprzęt dają?

Trochę. Swego czasu kapitalnie doposażyła nas Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Ale ten sprzęt już dawno się zużył, amortyzacja jest ogromna. W tej chwili dysponujemy salą hybrydową, która jest jedną z najnowocześniejszych na świecie, ale to nie zostało kupione za budżetowe pieniądze.

Znów WOŚP?

Nie, walczymy o pieniądze na różnych frontach. Ja sam prowadzę fundację i zbieram pieniądze, żeby doposażyć szpital. Kupujemy stanowiska intensywnej terapii. Jedno, drugie, trzecie. Ale wciąż brakuje pewnych rzeczy.

Czego na przykład?

Zepsuła się właśnie głowica przezprzełykowa do echokardiografii i nie mam skąd wziąć pieniędzy.

Ile?

150 tys. zł.

Niezbędna?

Ogromnie. Wykorzystuje się ją śródoperacyjnie, żeby skontrolować to, co zrobiliśmy. Czasem pozwala na rozstrzygnięcie bardzo trudnych dylematów, pozwala dostrzec anatomiczne nieprawidłowości. Pomaga sprecyzować rozpoznanie. Zepsuła się też aparatura do ECMO. Muszę ją jak najszybciej kupić.

To ten sprzęt uratował Adasia?

Tak. Korzystamy z tego bardzo często. Nieraz mieliśmy równolegle troje dzieci podłączonych do układu ECMO.

Jak to działa?

W ECMO krew opuszcza pacjenta, trafia do oksygenatora, gdzie jest odpowiednio natlenowana i równocześnie oddaje dwutlenek węgla, a następnie z powrotem podawana jest maluszkowi. Dzięki ECMO możemy też precyzyjnie sterować temperaturą pacjenta. Niemal na co dzień u noworodków stosujemy głęboką hipotermię. Ochładzamy jego krew na wstępnym etapie i wykonujemy operację. Mamy dzięki temu szansę na zatrzymanie krążenia nawet na godzinę. A na koniec ogrzewamy krew i oddajemy cieplutką pacjentowi.

Jak pan zdobędzie pieniądze na ECMO?

Mam nadzieję, że tak jak zawsze. Czasem chodzimy, błagamy, żebrzemy. To się spotyka z różną reakcją. Dzwonię do prezesa jednej z bardzo bogatych firm. Mówię, że brakuje na coś, mam śmiałość prosić, bo dziecko z waszego otoczenia było właśnie u nas niedawno operowane. A on odpowiada: „Płacę podatki i waszym psim obowiązkiem jest zapewnić opiekę medyczną”. I to jest odpowiedź dżentelmena, który zarabia około miliona albo i więcej rocznie. Ale jest ogrom dobrych przykładów. Jedna pani, Korzeniowska, przekazała nam wszystkie swoje oszczędności na zakup stanowiska, 260 tys. zł. Jest wiele osób, które pomagają bezinteresownie, „żeby było dla dzieci”. Kiedyś mieliśmy dramatyczną sytuację i za zgodą kurii zbierałem pieniądze w kościołach, wystawiałem na aukcje własne obrazy z domu, poszło tego całe mnóstwo.

Ile pan łącznie załatwił?

10 mln zł.

W filmie „Bogowie” jest taka scena: do prof. Religi przychodzi kobieta, której mąż ma mieć przeszczepione serce. I ona jest pełna obaw, bo nie wie, czy mąż nadal będzie ją kochał tak samo, skoro będzie miał inne serce. Jak dziś podchodzi się do transplantacji? Polacy traktują serce jako organ czy są jeszcze trochę nieufni?

Z punktu widzenia nauki serce to jest organ i nie ma żadnego związku ze świadomością. Ale jeśli ktoś chce wierzyć, że wraz z narządem przejmuje jakieś cechy, ma do tego prawo. Kiedyś wierzono, że obcięcie kołtuna na głowie spowoduje śmierć pacjenta.

A jak wygląda kwestia transplantologii u dzieci?

W Krakowie przygotowujemy się powoli do wystąpienia o licencję na takie operacje.

Można się o nią starać, kiedy ma się dwóch transplantologów.

Właśnie ich kształcę, ale to jeszcze wymaga czasu. Tu był wykonany jeden przeszczep u małego pacjenta. Skończył się reanimacją, ale nie dziecka, tylko moją. Przeszedłem ciężki zawał, reanimację. Mogę powiedzieć z dumą, że jestem przykładem sukcesu polskiej medycyny, bo żyję i z panią rozmawiam. ■

Okładka tygodnika WPROST: 50/2014
Więcej możesz przeczytać w 50/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0