Minister spuszcza powietrze

Minister spuszcza powietrze

Dodano: 
Opowieści pacjentów o segregacji wiekowej i śmierci w szpitalnych kolejkach minister wysłuchuje raz do roku. I co roku składa obietnice bez pokrycia.

Na uroczyste obchody Światowego Dnia Chorego w Ministerstwie Zdrowia nie dostał zaproszenia Zbigniew Dudko, prezes Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”, jednej z najstarszych polskich organizacji broniących praw pacjentów. Nie załamuje rąk z tego powodu, bo dawno przestał wierzyć w skuteczność takich spotkań. Rząd pochyla się nad polskim pacjentem raz do roku, 10 lutego, przyjmując przedstawicieli stowarzyszeń pacjenckich. W zeszłym roku z wielką pompą podjął ich w kancelarii premiera sam Donald Tusk, a minister zdrowia Bartosz Arłukowicz i jego zastępcy powtarzali, że zrobią wszystko, by poprawić sytuację chorego w systemie opieki zdrowotnej. Sytuacja nie zmieniła się ani na jotę.

SINIAK SAM ZNIKNIE

Dudko nadal odbiera telefony od emerytów odesłanych ze szpitalnej izby przyjęć ze względu na wiek. – Mimo że stan tych osób ewidentnie kwalifikował ich do przyjęcia, a przynajmniej podstawowego badania EKG. Miały duszności, jedna bóle w mostku, mogące wskazywać na zawał. Ale pielęgniarka zebrała od wszystkich dowody, a potem najstarszych odesłała do lekarza pierwszego kontaktu, mówiąc, że to za błahe sprawy dla szpitala – mówi Zbigniew Dudko. Tylko w styczniu odebrał po kilka podobnych zgłoszeń ze szpitali pod Lublinem, we Wrocławiu i w Poznaniu. Dzień 10 lutego spędzi na wyjaśnianiu sprawy 75-letniej pani Heleny z Chełma, która dwa lata temu wyszła z wypadku samochodowego z krwiakiem wielkości bochna chleba na udzie. Lekarze dali jej kroplówkę i powiedzieli, że siniak sam zniknie. Po dwóch latach wciąż się jednak utrzymuje i tym razem lekarze twierdzą, że trzeba go wyciąć. – Tylko że nikt nie chce tego zrobić. Ortopeda odsyła do naczyniowca, naczyniowiec do ortopedy, a chora chodzi o kulach i cierpi – mówi Zbigniew Dudko.

Potem pewnie znowu zadzwoni do kilku lokalnych centrów ds. osób niepełnosprawnych. Od lipca kłębią się tam kolejki po karty pozwalające parkować na miejscach dla inwalidów. Ponieważ okazało się, że w użyciu były dokumenty osób dawno zmarłych (w Warszawie na 38 tys. kart aż 9 tys. należało do nieboszczyków), zaostrzono przepisy. Teraz uprzywilejowane parkowanie przysługuje tylko osobom z upośledzeniem narządu ruchu i wzroku oraz z chorobami neurologicznymi. – Częściowo sparaliżowani muszą potwierdzać, że nie wyzdrowieli, a orzecznicy w pierwszej instancji dają im kartę na trzy lata, nawet w przypadku trwałego paraliżu od urodzenia. Albo odmawiają, wieszcząc rychłe wyzdrowienie, bo wiele ośrodków zamiast specjalisty od narządu ruchu zatrudnia kardiologa – tłumaczy Dudko, który społecznie pomaga chorym od 1998 r. Już kilka razy chciał komuś przekazać tę pracę, ale jakoś brak chętnych, a trudno zostawić ludzi, dla których okazuje się jedyną nadzieją.

RAZ, DWA, TRZY, UMRZESZ TY

Chętnie opowiedziałby o tym ministrowi, ale wątpi, czy ten chciałby go wysłuchać. Pewnie nawet nie dopuszczono by go do głosu, jak większości działaczy. W zeszłym roku bojowo nastawionych gości premier rozbroił stwierdzeniem: „Wszyscy jesteśmy pacjentami”. Zaproszeni zakładają się, że minister Arłukowicz zasłoni się pakietem kolejkowym. – Te spotkania to rodzaj spuszczenia powietrza. Organizacje pacjentów przedstawiają problemy i postulaty, a w odpowiedzi słyszą kilka zapewnień i obietnic, przeważnie bez pokrycia – mówi Stanisław Maćkowiak, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Fenyloketonurię i Choroby Rzadkie „Ars Vivendi”. – Co z tego, że minister spotka się z nami incydentalnie raz do roku? – dodaje Maćkowiak.

Sam chce zapytać ministra o refundację leków w imporcie docelowym, czyli takich, które nie mają w Polsce dopuszczenia do obrotu, a są niezbędne do ratowania czyjegoś życia lub zdrowia. Nie rozumie, dlaczego szef resortu na podstawie tego samego przepisu raz wydaje odpowiedź odmowną, a innym razem się zgadza. Opowie o załamanych ludziach dzwoniących do stowarzyszenia z prośbą o pomoc, jak rodzice niemowlaka chorego na tyrozynemię, chorobę genetyczną, która nieleczona prowadzi m.in. do ślepoty i raka wątroby. Ich dziecku odmówiono refundacji leku, podczas gdy pozostałych 11 chorych z tyrozynemią ją dostało. Przypomni również, że na ponad 90 leków na 67 jednostek chorobowych, zarejestrowanych przez Komitet ds. Sierocych Produktów Leczniczych (COMP) przy Europejskiej Agencji Leków, w Polsce refundację ma tylko 14. – Sprawę rozwiązałby narodowy program dla chorób rzadkich, który zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej powinien być wdrożony do końca 2013 r. Wielokrotnie obiecywała go ówczesna minister Ewa Kopacz, obiecywał Bartosz Arłukowicz, a jakoś wciąż go nie ma – mówi Stanisław Maćkowiak.

ZABÓJCZA SZYBKA ŚCIEŻKA

Pytań o narodowe programy będzie więcej. Chorzy onkologiczni, teoretycznie zadbani jak żadni inni dzięki pakietowi kolejkowemu, zapytają o Strategię Walki z Rakiem w Polsce na lata 2015-2024. Wprawdzie 200 onkologów, specjalistów ekonomiki zdrowia i lekarzy złożyło swój społeczny projekt zwany Cancer Planem w resorcie ponad pół roku temu, ale urząd milczy na jego temat. Dlatego właśnie we wtorek prezes Stowarzyszenia Chorych na Przewlekłą Białaczkę Szpikową Jacek Gugulski spróbuje zapytać prezesa NFZ Tadeusza Jędrzejczyka o rozwiązania doraźne – zadziwiające decyzje Narodowego Funduszu Zdrowia, który nie chce refundować chorym na białaczkę leków za 4 tys. zł, za to chętnie leczy ich tymi za 15 tys. zł. Bo o śmiertelnych spowolnieniach leczenia białaczki wynikających z pakietu onkologicznego rządzący raczej nie zechcą rozmawiać. Ignorują apele hematologów, więc pacjenci nie zostaną pewnie wysłuchani.

Z apelem o interwencję w sprawie najmłodszych chorych na raka spróbują wystąpić rodzice. Onkolodzy dziecięcy w całym kraju alarmują, że pakiet onkologiczny w pediatrii nie ma zastosowania, bo nowotwory u dzieci rozwijają się szybciej niż u dorosłych. Dla maluchów szybka ścieżka, która zakłada diagnozę wstępną u lekarza pierwszego kontaktu, dwa tygodnie na badania wstępne, dopiero po nich wizytę u specjalisty i rozpoczęcie leczenia po dziewięciu tygodniach, może się więc okazać zabójcza. – Nowotwór u dzieci ma inny metabolizm i rozwija się błyskawicznie, dlatego trzeba działać niezwłocznie – mówi prof. Walentyna Balwierz z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie. I dodaje, że rzekoma szybka ścieżka drastycznie ten ratunek spowalnia.

Czy minister wysłucha rodziców? – Pewnie prędzej niż przedstawicieli ludzi starszych z najdalszych krańców Polski, gdzie na 400 pacjentów przyjmuje jeden lekarz ogólny, któremu żal pieniędzy na badania laboratoryjne. A osoby z zaawansowaną cukrzycą i chorobą serca co dwa miesiące dostają tę samą receptę, chociaż pewnie potrzebują zmiany dawki. O nich nikt nie dba i nikt nie myśli – mówi Zbigniew Dudko z Primum Non Nocere, który dzień 10 lutego poświęci na pisanie pism w sprawie pacjentów zapomnianych. Ma nadzieję, że ktoś od Arłukowicza chociaż je przeczyta.�

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 7/2015
Więcej możesz przeczytać w 7/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0