Dłużej się nie dało odwlekać

Dłużej się nie dało odwlekać

Dodano: 
Projekt ustawy o in vitro dyskryminuje osoby samotne, homoseksualne i same dzieci. Ale dobrze, że jest – mówi Anna Krawczak, prezeska Stowarzyszenia Nasz Bocian.

Po dziesięciu latach projekt ustawy o in vitro wreszcie trafi pod głosowanie Sejmu. Satysfakcja?

Nadal nie do końca wierzę, że wejdzie w życie. Jak pisała Rodziewiczówna, między ustami a brzegiem pucharu wiele się może wydarzyć. Będę się cieszyć wtedy, kiedy ustawa zostanie przegłosowana. Oczywiście, to już ogromny sukces, bo przez ostatnie dziesięć lat żaden z siedmiu dotychczasowych projektów – a wśród nich społeczny, Joanny Senyszyn, Jarosława Gowina, Jana Dziedziczaka, Małgorzaty Kidawy-Błońskiej czy ówczesnego Ruchu Palikota – nie trafił do czytania w parlamencie. Część z nich nie miała na to najmniejszych szans, i to nie ze względu na zawartość merytoryczną, a z powodu układu sił politycznych, a może braku woli politycznej, by zająć się in vitro na poważnie. Ale dobrze, że powstawały, bo budowały nam kontekst debaty o in vitro i tworzyły kulturę tej debaty.

Dlaczego zajął się nim rząd Ewy Kopacz?

Bo nie miał wyjścia. Przypuszczam, że i tej ekipie wygodniej by było tę sprawę odwlec. In vitro w Polsce jest typową ilustracją prokrastynacji, tego, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć w odwlekaniu spraw nieuniknionych. Ale odwlekać dłużej się nie dało, bo Komisja Europejska od kilku lat naciska, by Polska uregulowała sprawy in vitro, które miała uregulować już w 2006 r., strasząc konsekwencjami w postaci kar finansowych. Od dwóch lat mamy wprawdzie program refundacyjny, który z jednej strony można zaliczyć na plus dla rządu, ale z drugiej obnaża fakt, że refundujemy zabiegi, których bezpieczeństwa nie jesteśmy w stanie zagwarantować.

Jak to?

Nie jesteśmy w stanie dopilnować ani kontrolować technicznej strony procedury in vitro, bo nie mamy do tego odpowiednich przepisów. Program refundacyjny Ministerstwa Zdrowia wyłącza, a więc dyskryminuje te osoby niemogące mieć dzieci, które muszą skorzystać z dawstwa nasienia, komórek jajowych lub zarodka. Twierdzi, że nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa takiego dawstwa, ponieważ Polska nie wdrożyła dyrektyw unijnych.

Ale przecież w Polsce się je stosuje, tylko za pieniądze.

I to od 27 lat, bo tyle lat temu urodziło się w Polsce pierwsze dziecko z in vitro. A może dłużej, bo inseminacja z użyciem nasienia dawcy jest najstarszą znaną metodą wspomaganego rozrodu. Pierwsza udokumentowana naukowo inseminacja nasieniem dawcy odbyła się pod koniec XIX w. Nie wspominam o leczniczych wyjazdach do wód, które skutkowały ciążami. Opinia publiczna nie zdaje sobie sprawy, że nie pracujemy nad niczym nowym. In vitro przeniosło natomiast leczenie niepłodności w sterylną przestrzeń laboratoriów medycznych. Powstało jako metoda dla kobiet z niedrożnymi jajowodami. Okazało się, że można pobrać komórki jajowe, umieścić je na szalce Petriego, otoczyć chmurą plemników i dochodzi do takiego samego zapłodnienia jak w jajowodzie. Potem zaczęto szukać metody dla par, w których mężczyźni mieli problem z plemnikami, czyli dla połowy par dotkniętych problemem niepłodności. Do 1994 r. pozostawało im tylko nasienie dawcy, in vitro w tej grupie nie wchodziło w grę. Na szczęście ponad 20 lat temu wynaleziono technikę ICSI, która pozwala wyłapać jeden płodny plemnik w nasieniu i pipetą umieścić go w komórce jajowej. Dzięki ICSI zapotrzebowanie na dawstwo spadło. Biorcy komórek to dziś pary będące nosicielami chorób genetycznych, ludzie mający za sobą wielokrotne niepowodzenia i sięgający po tę metodę jako ostatnią deskę ratunku, osoby samotne, czyli tzw. solo mamy, i pary w związkach jednopłciowych. Czasami, choć może się to wydawać dziwne, z dawstwa komórek lub zarodków korzystają pary, które z powodów etycznych nie chcą przystąpić do in vitro. Kolejną dużą grupą są kobiety, które przeszły przedwczesną menopauzę. To często młode dziewczyny, 25-, 30-letnie.

Wszyscy ci ludzie nie mogą skorzystać z refundacji w programie in vitro. Czy nowa ustawa to zmieni?

Nie. Jeśli jej zapisy się przyjmą, część z in vitro nie skorzysta w ogóle, przynajmniej nie na terenie Polski. Do tej pory program refundacyjny wykluczał te dwie grupy, ale zawsze można było przeprowadzić procedurę inseminacji lub in vitro komercyjnie. Nowa ustawa mówi między wierszami: jeśli jesteś singielką lub kobietą w związku nieheteroseksualnym, nie możesz skorzystać z tego rodzaju leczenia.

Słyszałam głosy, że ustawa zostawia jednak furtkę – in vitro nie jest zagwarantowane wyłącznie dla małżeństw, więc kobieta będzie mogła przedstawić jako partnera kolegę, który rzekomo jest bezpłodny, i uzyskać leczenie.

Owszem, ale wtedy kolega w świetle prawa zostanie ojcem dziecka, które narodzi się w wyniku procedury. A to pociąga za sobą szereg konsekwencji: alimenty, prawa rodzicielskie, prawo spadkowe i inne. Jedynym rozwiązaniem dla solo mam czy osób homoseksualnych będzie tzw. turystyka reprodukcyjna, wyjazdy do Czech czy na Ukrainę. Mówienie, że jesteśmy im w stanie czegoś zakazać, jest dokładnie tak samo naiwne jak przy ustawie antyaborcyjnej. Tak naprawdę stworzymy podziemie.

A co z dawstwem dla par?

Ustawa zakłada, że będzie legalne, i to we wszystkich trzech formach – nasienia, komórki jajowej i zarodka. Każda będzie nieskomercjalizowana, a więc kończymy z handlem. Dawca lub dawczyni będą mogli otrzymać rekompensatę, ale ustawa bardzo jasno precyzuje, że jest to rekompensata, a nie zarobek. Wylicza, że może się na nią złożyć m.in. zwrot kosztu dojazdu do kliniki, kosztów badań, ale nie wspomina o rekompensacie za ból czy obciążenie psychiczne. Kliniki leczenia niepłodności na etapie konsultacji społecznych zwracały uwagę, że na kwotę rekompensaty powinno się składać znacznie więcej czynników. Ich uwagi nie zostały jednak uwzględnione.

Jak ustawa rozwiązuje problem zamrożonych zarodków, które nie zostaną wykorzystane?

Para może, jak do tej pory, sama wrócić po swoje zarodki i je przyjąć, czyli podejść do tzw. kriotransferu, albo przekazać je do tzw. adopcji zarodka, czyli zrzec się zarodków na rzecz innej anonimowej pary. Według ustawy okres przechowywania zarodków to 20 lat. Jeżeli w tym czasie para ich nie odbierze, są one arbitralnie przekazywane do adop cji. I tu pojawia się pytanie: czy prawo może kogokolwiek zmusić do oddania zarodków komu innemu? Przypominam, że ideą adopcji i dawstwa jest dobrowolność. W moim przekonaniu w przyszłości będziemy się bić o ten zapis, bo nikogo nie można zmusić, by przekazał swój materiał genetyczny innej parze.

Ustawa chce jednak ograniczyć liczbę zarodków. Czy słusznie?

Duża liczba nadliczbowych zarodków to problem początków in vitro, kiedy kobiety bardzo mocno stymulowano, powstawało wiele komórek jajowych, wszystkie je zapładniano i uzyskiwano wiele zarodków. Jednocześnie do macicy transferowano po dwa, trzy zarodki, czasem więcej, co zmniejszało szansę donoszenia ciąży i narażało zdrowie kobiety oraz płodów. Ale też dochodziło do sytuacji, gdy para miała już w domu bliźnięta i kolejne dziecko z in vitro, a zostało jej jeszcze siedem zarodków, których nie wykorzysta. I co wtedy? Od tego czasu kultura wykonywania in vitro bardzo się zmieniła. Kobiety stymulowane są słabiej, bo lekarze wychodzą z założenia, że lepiej jest mieć mniej komórek jajowych, ale bardzo dobrej jakości, i zapłodnić je najlepszymi plemnikami, tak by powstały z nich zarodki mające większe szanse, by się urodzić jako dzieci. Na początku XXI w. Europejskie Stowarzyszenie Rozrodu Wspomaganego i Embriologii ESHRE (European Society of Human Reproduction and Embryology) wydało rekomendację, by dla bezpieczeństwa kobiety i płodu, a potem dziecka, transferować do macicy tylko jeden zarodek.

Czy w Polsce formą ucywilizowania miał być program refundacyjny? Znacznie ograniczył przecież liczbę transferowanych komórek.

Tak, bo mówi o tym, że u kobiety młodszej niż 35 lat możemy zapłodnić do sześciu komórek jajowych, a u starszej nawet wszystkie, ale wszystkie zarodki, które powstaną, hodujemy do etapu blastocysty, a więc ostatniego etapu rozwoju, który zarodek może przeżyć poza organizmem kobiety. Wcześniej uważano, że zarodek należy podawać w drugiej-trzeciej dobie, bo naturalnym środowiskiem jest dla niego macica. Trudno to zanegować, ale hodowla do blastocysty ma kilka korzyści. U zarodka dwu-trzydniowego uruchamia się jedynie czynnik macierzyński, czyli to, co niesie ze sobą komórka jajowa. Czynnik ojcowski, ten po stronie plemnika, uaktywnia się między czwartym a piątym dniem. A to on często decyduje o tym, że zarodek nie przetrwa. Zarodek dohodowany do etapu blastocysty ma około 50 proc. szans na to, że się zaimplantuje, rozwinie się z niego ciąża i urodzi się dziecko. Kolejnym powodem jest czynnik pacjencki, ludzki. Para, która otrzymuje zarodek dwudniowy, będący wielką niewiadomą, przez kolejne 14 dni, a więc do wyniku próby ciążowej, przeżywa katusze i ma prawo sądzić, że prawie na pewno jest w ciąży. Etyczniej jest nie narażać pacjentów na huśtawkę pomiędzy oczekiwaniem a poczuciem skrajnej porażki. Zwiększmy im szansę, nie pobierając od nich pieniędzy i nie wzbudzając nadziei na transfery zarodków, które są niepewne. Ale też zarodki dochodzące do etapu blastocysty stanowią zwykle do 30 proc. tych zapłodnionych – z sześciu dohodowuje się jeden, dwa. To powoduje, że rozwiązuje nam się jednocześnie problem tych nadliczbowych. Pary zostają najczęściej z jednym transferowanym zarodkiem, z którego ciąża się rozwinie lub nie, i jednym, maksymalnie do pięciu, które są zamrożone. Proces naturalnej selekcji zarodków zachodzi niezależnie od środowiska, w ludzkim jajowodzie też zajdzie i też taki mniej więcej procent zarodków się rozwinie lub nie rozwinie. Jesteśmy bardzo rozrzutnym gatunkiem, jeśli idzie o nieskuteczność zapłodnień.

Na etapie konsultacji społecznych lekarze burzyli się przeciwko zapisowi o jawności dawstwa. Twierdzili, że zniechęci to ludzi do oddawania komórek.

Ich uwagi zostały uwzględnione i ten projekt zakłada całkowitą anonimowość dawstwa, czy to komórek, czy nasienia. Jako Stowarzyszenie Nasz Bocian i środowisko pacjenckie możemy nad tym tylko ubolewać. Dzieci na zachodzie Europy wytaczają kolejne procesy, zakładają organizacje i mówią: „Proszę nam nie odbierać naszego prawa, nie decydujcie za naszymi plecami”. Ta refleksja dotrze w końcu do Polski, a mnie osobiście jest żal, że będziemy musieli na nią czekać kolejnych kilka lat i zapłaci za to kilka kolejnych tysięcy ludzi, którym odmawia się prawa poznania swojej tożsamości. Przez wiele lat na całym świecie dawstwo było anonimowe do momentu, gdy dzieci urodzone dzięki dawcom zaczęły dorastać i domagać się informacji o swoim pochodzeniu. W Polsce nadal działa mit, że dawstwo można utrzymać w tajemnicy. Tymczasem żyjemy w świecie rozbudowanych badań DNA i odkrycie, że nie jesteśmy genetycznym dzieckiem swojego ojca, matki lub obojga rodziców, jest naprawdę proste. Autorzy ustawy nie biorą pod uwagę codziennych sytuacji, np. wizyt u lekarza, zawahania głosu matki na pytanie o historię rodzinną, kłótni podczas zakrapianych imienin, rozwodów. Jest mnóstwo sytuacji, w których rodzina będzie mierzyła się z tym, że dziecko nie jest genetycznym potomkiem jednego z nich. Ale projekt, który trafi do Sejmu, to ustawa pisana przez lekarzy. Nie ma w niej głosu rodziców ani dzieci. Jako pacjenci proponowaliśmy dawstwo dwuścieżkowe. Uczciwy układ, w którym to sami biorcy i dawcy decydują, z jakiego rodzaju dawstwa chcą skorzystać: jawnego czy anonimowego. Niestety, nie przeszło, dalej będziemy udawać, że dawstwo to wyłącznie zabieg medyczny.

Czego, oprócz jawności dawstwa, domagają się pacjenci?

Opieki psychologicznej, a przynajmniej konsultacji psychologa dla dawców i dla biorców gamet oraz zarodków. Jednak największą przegraną projektu ustawy jest adopcja społeczna.

Dlaczego?

Wiele osób uważa, że ludzie, którzy poddadzą się metodzie in vitro, odbiorą jakiemuś opuszczonemu dziecku szansę na adopcję. Tymczasem adopcja nie jest uniwersalną propozycją, takim rodzinnym paracetamolem dobrym na wszystko. Nie każdy może być rodzicem adopcyjnym i nie każdy powinien. Przede wszystkim jednak adopcja jest otwarta dla każdego. Każdy człowiek, także ten, który ma dzieci, może udać się do ośrodka adopcyjnego i adoptować dziecko.

Ale większość uważa, że adoptować należy, ale cudzymi rękami.

Adopcja w Polsce ma się dobrze, ale jej problemem jest hermetyczność. Opinii publicznej nie interesuje, dopóki nie dojdzie do krzywdy dziecka w jakiejś rodzinie zastępczej lub nagłośnionego wyczyszczenia dokumentacji dziecku, żeby mogło zostać łatwiej adoptowane. Ale nie rozmawiamy o adopcji w kontekście wyzwań rodzicielskich, prawa adopcyjnego, prawa dziecka, prawa człowieka, tego, w jaki sposób rodzicielstwo adopcyjne różni się od biologicznego. Cała ta zaniedbana przestrzeń niuansów prowadzi do tego, że przeciętny Polak o adopcji ma do powiedzenia tyle, że „jest to akt wielkoduszności”. Tymczasem to nieprawda, bo dziecko potrzebuje rodziców dokładnie tak samo jak rodzice dziecka. Mitem jest, że w Polsce jest wiele sierot. Większość dzieci przebywających w ośrodkach opiekuńczych to tzw. sieroty społeczne, które mają rodziców, ale ci rodzice nie mogą lub nie powinni sprawować nad nimi opieki. Kolejnym mitem jest, że dziecko nigdy nie powinno się dowiedzieć, że jest adoptowane. To absolutna bzdura. Kandydaci na rodziców, którzy mówią, że nigdy nie będą chcieli powiedzieć dziecku prawdy, zostają automatycznie wyeliminowani z procesu adopcyjnego, bo jest to traktowane jako świadectwo braku dojrzałości do udźwignięcia ciężaru rodzicielstwa niebiologicznego. W Polsce świetnie ma się także mit, że jeżeli powiemy dziecku, że zostało adoptowane, przestanie nas kochać. Nieprawda, dzieci, które po 18. roku życia mają prawo poznać dane rodziców biologicznych, szukają ich, by uzupełnić sobie puzel tożsamościowy i w poszukiwaniu ewentualnego rodzeństwa. To się tyczy także adopcji komórek czy zarodków, ale autorzy ustawy nie chcą tego zrozumieć. I tylko czekać, kiedy się to na nas zemści. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 12/2015
Więcej możesz przeczytać w 12/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0