Bliski koniec banków spermy

Bliski koniec banków spermy

Dodano: 
Ujawnianie danych dawców nasienia i komórek jajowych zakłada projekt ustawy o in vitro, która w marcu ma trafić do Sejmu. Lekarze się obawiają, że to zniechęci polskich dawców.

Fatalna pomyłka kliniki in vitro w Policach, gdzie zamieniono zarodki i pacjentka urodziła cudze dziecko z poważnymi wadami genetycznymi, ożywiła dyskusję o in vitro i dostarczyła amunicji jego wrogom. Pomyłek można by uniknąć, gdyby w Polsce istniały regulacje dotyczące samej procedury. A przynajmniej łatwiej byłoby ustalić winnych w przypadku, gdy obca kobieta musi się zaopiekować śmiertelnie chorym dzieckiem, a biologiczna matka nie ma do niego żadnych praw. Nadzieję budzi projekt ustawy o in vitro, który w marcu trafi pod obrady Sejmu. Najświeższy spośród kilku, może kilkunastu, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat powstawały w resorcie, biurach poselskich i stowarzyszeniach. Mówi się, że premier Ewa Kopacz wykorzysta go jako zasłonę dymną dla innej niedotrzymanej obietnicy rządu PO – ustawy o związkach partnerskich.

BEZ WYBORU PŁCI

To już najwyższy czas, bo do regulacji przepisów związanych z in vitro Unia Europejska obliguje nas od 2006 r., kiedy zaleciła wdrożenie tzw. dyrektyw tkankowych regulujących postępowanie z komórkami rozrodczymi i zarodkami. – Ta ustawa jest nam bardzo potrzebna, choćby dlatego, że będzie batem na ośrodki, które wychodzą poza normalne funkcjonowanie medyczne – uważa dr Grzegorz Mrugacz, dyrektor Kliniki Bocian z Białegostoku. Wychodzenie poza normalne funkcjonowanie to na przykład wybieranie płci dziecka; przyszłej matce wszczepia się zarodek żeński lub męski, wedle życzenia. – To, co się dzisiaj dzieje, to dramat, wolnoamerykanka. Dlatego ustawa jest tak potrzebna – mówi Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej, który zgłosił szereg uwag do przedstawionego w lipcu zeszłego roku projektu resortu zdrowia.

Rzeczywiście. Dziś w in vitro wolno właściwie wszystko, prócz korzystania z surogatki i stosowania eksperymentów genetycznych. Procedurze mogą się poddać osoby samotne, o nieustalonych dochodach, w wieku, który medycyna przestaje uważać za bezpieczny dla przyszłej matki i jej dziecka. Największe kliniki umowną granicę wieku pacjentki ustalają na 42 lata, a do 49. roku życia można się poddać zapłodnieniu z użyciem komórki jajowej dawczyni lub własnej, wcześniej zamrożonej komórki. Ale tajemnicą poliszynela są ciąże kobiet grubo po pięćdziesiątce, zwłaszcza cudzoziemek, które z powodu liberalnych przepisów przyjeżdżają po dziecko do Polski. Stanowią nawet do ośmiu procent wszystkich pacjentek naszych klinik. Cały Polski rynek in vitro szacuje się na 150 mln zł rocznie. Większości z 10 tys. zabiegów rocznie poddają się Polacy. I płacą po ok. 10 tys. zł za cykl, bo tylko nieliczni kwalifikują się do uruchomionego w 2013 r. trzyletniego programu rządowego finansującego zabieg parom z historią leczenia niepłodności.

Być może płacić będą także po wdrożeniu ustawy, w której na razie nie ma mowy o refundacji. Lekarze cieszą się z wizji ustawy, która zdejmie z nich odium bawiących się w Boga. – Chcemy pracować w jasno określonym prawie i nie czuć może nie tyle pogardy, ile presji, że tak strasznie grzeszymy. Większość z nas chce pomagać osobom chorym na niepłodność – mówi dr Grzegorz Mrugacz. Jak wielu lekarzy ma nadzieję, że o przepisach zadecydują względy medyczne, a nie ideologiczne i Sejm odrzuci zastrzeżenia szefa sekretariatu kancelarii premiera Michała Deskura, że procedura powinna być dostępna tylko dla małżeństw dodatkowo badanych pod kątem „zapewnienia dziecku bezpiecznego środowiska rodzinnego”. Podobne zastrzeżenia zgłaszało Ministerstwo Pracy. – In vitro nie będzie dozwolone dla osób samotnych? – pytamy ministra Kosiniaka-Kamysza. – Ustawa mówi o parach – odpowiada i dodaje, że prawo do in vitro będą miały nie tylko małżeństwa, ale także pary, które starają się o dziecko co najmniej rok.

NIE TYLKO DLA MAŁŻEŃSTW

– Rząd powinien robić wszystko, by ustawa koncentrowała się na kwestiach medycznych i prawnych, a nie ideologicznych – uważa z kolei wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka. – Tym bardziej że ograniczanie procedury do małżeństw byłoby dyskryminacją ze względu na stan cywilny. Przecież prawo do świadczeń medycznych ma każda osoba ubezpieczona – mówi Wanda Nowicka.

Michał Deskur i minister Kosiniak-Kamysz protestują też przeciw możliwości genetycznego testowania zarodków pod kątem wyboru płci, chyba że wiąże się z nią dziedziczna wada genetyczna. Badanie jednej lub dwóch komórek pobranych z ośmiokomórkowego zarodka będzie więc możliwe w przypadku, gdy w rodzinie były np. przypadki hemofilii. – Diagnostyka genetyczna preimplantacyjna pozwala wykluczyć aberracje chromosomowe, takie jak zespół Downa, ale też choroby monogeniczne, czyli takie, o których decydują pojedyncze geny, np. rdzeniowy zanik mięśni czy choroba Huntingtona. To z kolei pozwala uchronić kobietę przed aborcją, do której ma prawo w przypadku poważnych wad płodu – tłumaczy prof. Jacek Zaremba, kierownik Poradni Genetycznej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, współautor stanowiska Komisji Bioetyki PAN wobec ustawy in vitro. Zdaniem profesora diagnostyka, choć droga (ok. 10 tys. zł), powinna być refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia w przypadku wskazań ustalanych przez genetyków. – W większości krajów Europy Zachodniej jest ona standardem – podkreśla prof. Zaremba. Wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki, współautor ustawy, uspokaja, że zapisy „idą w kierunku, by to zapewnić”. I tu może powstać kolejny problem, bo w Polsce diagnostykę preimplantacyjną prowadzi wyłącznie klinika Invicta w Gdańsku, a klinika Invimed wysyła zarodki na badania do laboratorium w Walencji.

ODSTRASZYĆ DAWCĘ

Ale największe kontrowersje budzi zapis o ujawnieniu tożsamości dawców komórek rozrodczych. Problem dotyczy sporej grupy, bo z cudzych komórek jajowych statystycznie skorzysta co dziesiąta para mająca problem z niepłodnością. – Doświadczenie wielu państw pokazuje, że tam, gdzie dane są ujawniane, liczba dawców drastycznie spada. Rozumiem ujawnienie danych z powodów medycznych, ale nie wiem, dlaczego miałyby być dostępne dla dzieci. Przecież wielu rodziców nigdy się nie decyduje powiedzieć dzieciom, że powstały z komórki jajowej bądź nasienia dawcy – mówi dyrektor jednej z największych klinik leczenia niepłodności. Obawia się, że taki zapis spowoduje, że polskim parom zostaną do wyboru banki komórek w krajach, które taką anonimowość gwarantują. Mogą się bać powtórki historii Niemki Sary P. poczętej z nasienia dawcy, która w sądzie wywalczyła prawo do poznania tożsamości biologicznego ojca. Oczywiście nie wiązało się to z możliwością roszczeń finansowych wobec genetycznego rodzica, ale na niektórych potencjalnych dawców padł strach. Również dr Mrugacz jest zdania, że dawca powinien mieć prawo do anonimowości: – Najkorzystniejsze byłoby stworzenie dwóch kategorii dawców. Uważam, że ujawnienie danych powinno być dobrowolne ze strony dawcy, a i pacjenci powinni móc wybrać, czy chcą mieć dawcę jawnego. Zapis o dwóch typach dawców popiera wicemarszałkini Wanda Nowicka. – Świat idzie w kierunku ujawniania i przyznania dzieciom prawa do poznania rodzica, ale trzeba do tego dochodzić etapowo i możliwość wyboru dawcy anonimowego lub jawnego jest dobrym rozwiązaniem. Na świecie tworzy się nawet lobby dzieci z in vitro, które domagają się poznania swojej tożsamości biologicznej. Chodzi przede wszystkim o ujawnianie danych medycznych nieskojarzonych z nazwiskiem i danymi osobowymi. To już standard światowy – uważa.

Za jawnością jest stowarzyszenie na rzecz leczenia niepłodności Nasz Bocian, które też zgłosiło szereg uwag do ustawy. – Panuje dezinformacja i wielu ludziom się wydaje, że jawność dawstwa polega na ujawnieniu danych. Tymczasem chodzi o rozwiązanie, które od wielu lat funkcjonuje w adopcji społecznej: tożsamość dawcy pozostaje ukryta dla rodziców, a dziecko po ukończeniu 18. roku życia otrzymuje prawo do jej poznania. Również prawo adopcyjne pozwala pełnoletniemu dziecku zobaczyć swój akt urodzenia – mówi Anna Krawczak, przewodnicząca Naszego Bociana. Wyjaśnia, że w przypadku dawstwa anonimowego tożsamość byłaby tajna przez cały okres życia zainteresowanych stron. – Tyle że anonimowości nie można zagwarantować. Żyjemy w świecie zaawansowanej genetyki i zindywidualizowanej medycyny, więc mówienie komukolwiek, że ma gwarancję anonimowości, to może nie tyle wprowadzanie w błąd, co pewne niedopowiedzenie – dodaje. Według Naszego Bociana do zapisu o jawności zobowiązuje polski rząd międzynarodowa Konwencja o Prawach Dziecka. – Tymczasem prawa dziecka w przypadku dawstwa gamet, które my uważamy za adop cję prenatalną, nie są w Polsce w ogóle rozpoznawane. Prace nad ustawą o in vitro sprowadzono do procedur medycznych, podczas gdy ma ono przecież konsekwencje społeczne, psychologiczne i prawne – dodaje Anna Krawczak.

LOS ZARODKÓW

Lekarze życzyliby sobie precyzyjniejszych przepisów na temat dawców. – Powinno się ustalić kryteria, które miałyby spełniać kobiety oddające komórki jajowe. W niektórych krajach są to osoby już mające dzieci, co zabezpiecza przed niepłodnością, która w rzadkich przypadkach mogłaby być powikłaniem po zabiegu – uważa dyrektor jednej z czołowych klinik in vitro. – Dawczyni powinna wiedzieć, że procedura obarczona jest pewnym ryzykiem, że może się zdarzyć, iż wejdzie do kliniki zdrowa, a wyjdzie prosto do szpitala. Punkcja jajników, podczas której pobiera się komórki jajowe, grozi powikłaniami jak każda operacja. Może dojść do krwawienia pooperacyjnego, a także do zespołu hiperstymulacji jajników, powodującego nadprodukcję komórek jajowych i gromadzenie się płynu w pęcherzykach pozostałych po pobranych komórkach. W skrajnych przypadkach hiperstymulacja może być groźna dla życia – tłumaczy lekarz zajmujący się in vitro.

Zdaniem lekarzy ustawa powinna regulować też kwestię adopcji zarodków niewykorzystanych przez daną parę. Zazwyczaj w trakcie procedury in vitro powstaje ich kilka, a wszczepiany jest jeden-dwa. Resztę pary postanawiają zwykle przechowywać w klinice, a po kilku latach decydują się na kolejne zapłodnienie. W klinice Invimed zarodki z najdłuższym stażem mają już blisko dziesięć lat. – W literaturze opisywane są wprawdzie ciąże z zamrożonych zarodków po kilkunastu latach od zapłodnienia in vitro, ale wiele par nie wykorzystuje zamrożonych zarodków, a klinika nie może ich przechowywać w nieskończoność. W dodatku jest to kosztowne. Dlatego zachęcamy, by oddawać je do adopcji – mówi lekarz zajmujący się leczeniem niepłodności. Ale tę adopcję, jego zdaniem, powinna regulować ustawa. A projekt zamraża status quo, dopuszczając adopcję zarodków, ale nie mówiąc, co się stanie z tymi niewykorzystanymi, które występują w przypadku co trzeciej pary poddawanej in vitro.

Dziś króluje adopcja wewnątrz ośrodków. W niektórych klinikach można oddać innej parze swój zarodek lub niezapłodnioną jeszcze komórkę jajową, w innych takiego rozwiązania się nie proponuje. Ustawa próbuje rozwiązać sprawę niewykorzystanych zarodków, dopuszczając zapłodnienie sześciu komórek jajowych u kobiet do 35. roku życia i ośmiu u kobiet starszych albo młodszych z licznymi niepowodzeniami. Niewykorzystanych zarodków będzie mniej, ale ich przyszłość pozostanie nieznana. Wiadomo, że „nie można niszczyć zarodków o zachowanym potencjale rozwojowym”, ale ocena tego potencjału pozostaje w rękach laboratorium embriologicznego. Dla wielu par, które nie chcą, by ich biologiczne dziecko wychowywali obcy ludzie, ale nie chcą też niszczyć zarodków, rozwiązaniem byłoby oddanie zapłodnionych komórek na rzecz nauki. Ale takiej opcji ustawa nie przewiduje. Zdaniem ekspertów tę kwestię można uregulować później za pomocą osobnego rozporządzenia. – Na razie trzeba to jak najszybciej przegłosować – słyszymy od jednego z posłów PO. – Bo następny minister może nie być już taki liberalny. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 8/2015
Więcej możesz przeczytać w 8/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0