W książce „Uwięzieni w grach relacyjnych. Jak wygrać bliskość” pokazują Państwo, że stosowanie gier psychologicznych w relacjach i kwestia zdrowia psychicznego są ze sobą ściśle powiązane. Jak takie codzienne „małe gry” wpływają na nasz poziom stresu i napięcia?
Agnieszka Kozak i Zbigniew Rećko: Każda gra kończy się przykrymi uczuciami po obu stronach relacji. Kiedy się pojawiają, relacja się zrywa, oddalamy się od siebie i trudno wtedy o kontakt. Przykre uczucia mają tendencję do odkładania się w nas, nosimy rodzaj urazy. Te „odłożenia w ciele” powodują osłabienie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Napięte ciało nie pozwala na bezpieczny i przyjazny kontakt z innymi. Dobrze wiemy, że jednym z pierwszych punktów troski o zdrowie psychiczne jest dbanie o własne dobro i postępowanie zgodnie ze swoimi pragnieniami. Innym jest dbanie o relacje – jeśli nie realizujemy swoich potrzeb wprost w relacji, nie zadbamy ani o siebie, ani o drugą osobę. Przestrzeń, w której można by budować bliskość, staje się polem walki, a tam są już tylko wygrani i przegrani.
W jaki sposób odróżnić zwykły konflikt od sytuacji, w której ktoś nas wciąga w toksyczne gry relacyjne i manipulacje?
Z.R.: Konflikty i nieporozumienia są naturalną częścią bycia w relacji. Jeśli w nich potrafimy ze sobą rozmawiać, wyjaśniać, rozumieć swoje potrzeby, szanować odmienność i dochodzić do porozumienia, to znaczy, że mamy umiejętności budowania dorosłej relacji. W grach nieporozumienia powracają – jak w dniu świstaka. Wciąż przeżywamy podobne sytuacje i mówimy z goryczą: dlaczego to znowu mi się przytrafia? Bardzo często pojawiają się krytyczne myśli o sobie lub o innych, że coś z nami lub ludźmi jest nie tak. Pomimo to nie podejmujemy działań na rzecz porozumienia – gra nigdy nie kończy się rozwiązaniem. Zostaje niejasna sfera urazów i pozostawiania domysłów, aż ktoś zaopiekuje się tymi konfliktami.
Jakie są najczęstsze sygnały, że ktoś stosuje wobec nas subtelną manipulację emocjonalną, której możemy nie zauważać na co dzień?
A.K. i Z.R.: Gry psychologiczne są nieświadomym dążeniem do zaspokojenia ważnych potrzeb. Nie są świadomą manipulacją. Ważne jest to, że do tego, by gra się toczyła, potrzebujemy dwóch stron – to znaczy, że obie strony niosą w sobie nieświadome wzorce budowania relacji w postaci gry. Najważniejszy sygnał to poczucie niezrozumienia i częste, przykre uczucia z tym związane. Przeżywanie uczuć związanych z byciem ofiarą. Pojawia się poczucie winy, wstyd i lęk. Możemy mieć poczucie wymuszenia jakichś zachowań, na przykład ktoś oczekuje, że zrobimy coś, czego nie chcemy, tylko po to, by proszącemu było lepiej. Choćby dla dobra relacji lub by udowodnić istniejące uczucia wobec tej osoby. W manipulacji chodzi o świadome uzyskanie korzyści dla siebie, które są krzywdzące dla drugiej osoby. Oczywiście może się zdarzyć, że ktoś z boku, widząc grę, powie: „On czy ona tobą manipuluje”, jednak intencją jest bycie blisko, a nie uzyskanie korzyści za cenę dobra tego drugiego. Dramat polega na braku umiejętności, a nie na byciu „wyjątkowo bystrym”, by rozgrywać wszystkich wokół.
W książce pojawia się również temat przemęczenia. Czy chroniczne zmęczenie psychiczne w relacji może być sygnałem, że jesteśmy uwikłani w destrukcyjny schemat?
Z.R.: W książce piszemy o udręczeniu. W nim przemęczenie jest korzyścią w grze, ponieważ pozwala zawalczyć o ważny znak zauważenia. Przemęczamy się i przez to chcemy być widziani w tym trudzie. W tym względzie przemęczenie jest sygnałem, ale też specyficzną korzyścią psychiczną. Warto się przyjrzeć, co nam to daje. I czy potrafimy bez poczucia winy po prostu odpocząć.
Ważnym sygnałem o udziale w grze może być to, że w jakiejś relacji tendencyjnie czujemy się zmęczeni w wyniku wymian, które się w niej dzieją. Ciało daje nam znać, że jesteśmy nadużywani, choć jeszcze możemy nie dostrzegać źródła.
Dlaczego tak trudno postawić granicę osobie, która funkcjonuje w schemacie „daję z siebie wszystko, bo tak zostałam nauczona”? Dlaczego właściwie mamy problem ze stawianiem granic w relacjach z rodziną czy bliskimi?
Z.R.: Przyczyn jest kilka. Na przykład ta związana z utożsamieniem swojej roli życiowej jako osoby, która nie zasługuje na zaspokajanie swoich potrzeb, a tożsamość wiąże z zadowalaniem innych. Trudno w takim przekonaniu stawiać granice, bo jest to wymierzone właśnie w tożsamość. Trzeba ją zbudować na przyzwoleniu na swoje potrzeby. Kolejna to trudność związana z lękiem, że odmowa czy postawienie granicy niesie ryzyko utraty relacji. Nawet tej trudnej. A ludzie potrzebują więzi, potrafią więc trwać w takiej, która jest niebezpieczna, tylko po to, by nie przeżyć straty. Banalna przyczyna jest taka, że nie potrafimy tego zakomunikować, nie robimy tego wtedy, gdy trzeba, odkładamy, aż granica staje się agresją. A odkładamy, bo trudno znaleźć prawdziwy kontakt ze swoimi potrzebami. Nie umiemy ich nazwać, zaakceptować.
Gdyby mieli Państwo wskazać jedną rzecz, która najbardziej chroni nasze zdrowie psychiczne, czy byłaby to umiejętność stawiania granic i mówienia „nie”? Nie chodzi tylko o związek, ale również środowisko pracy, znajomych, którzy czasami mogą – może nieświadomie – nas wykorzystywać.
A.K. i Z.R.: Zdrowie psychiczne najbardziej chronimy dzięki bezpiecznemu przekonaniu opartemu na dojrzałym uznaniu swojej wartości. To uznanie wartości pozwala nam się rozwijać we wszystkich obszarach zdrowia psychicznego (zapraszamy do lektury książki Agnieszki Kozak „W poszukiwaniu siebie”, w której znalazł się opis wszystkich trzynastu czynników zdrowia). Uznanie swojej wartości jest jednoczesnym uznaniem swojej godności, a z niej wynikają różne prawa i zachowania, między innymi prawo do stawiania granic, domagania się czegoś dla siebie, rozwoju czy bronienia własnych wartości. W konsekwencji utrwala się postawa, że jesteśmy OK i inni ludzie też są OK. Wtedy jest przyzwolenie na dbanie o siebie.
Mam wrażenie, że stawianie granic, zwłaszcza jeśli wcześniej tego nie robiliśmy, prawie zawsze oznacza konflikt. Czy można się nauczyć tej sztuki w sposób, który nie niszczy relacji, ale ją oczyszcza?
Z.R.: Trzeba zmienić perspektywę na taką, w której stawianie granic to informacja i odsłona tego, co ważne. Służy relacji, a nie ją niszczy. W książce pokazujemy, jak w dojrzałym dialogu można dbać o własne potrzeby, być blisko siebie w obliczu prób wciągania w grę. Okazuje się, że można to robić bez przemocy – i zapraszać tym samym ludzi do dorosłości.
Jak rozpoznać moment, w którym pomaganie drugiej osobie przestaje być wsparciem, a zaczyna być współuzależnieniem i utrwalaniem niezdrowej relacji?
Z.R.: Warto zadać sobie pytania, czy pomagamy automatycznie, czy wcześniej sprawdzamy to, że ktoś chce pomocy, i wiemy, jakiej pomocy potrzebuje. I co ważne – czy mamy w ogóle umiejętności udzielenia tej pomocy. W roli wybawcy brak tej refleksji. Jest rzucanie się z ratunkiem. To staje się przymusem. Piszemy o tym, że jest to działanie wbrew mocy, a nie wsparcie. Jak łatwo przychodzi nam dawanie rad? To dobry symptom.
Piszą Państwo również o tym, że wiele destrukcyjnych zachowań wynika z dzieciństwa. Czy możemy pokusić się o stwierdzenie, że schematy, które wynieśliśmy z tamtego okresu, to jeden z głównych powodów problemów w relacjach?
A.K. i Z.R.: Dziecko w pewnym wieku odbiera siebie jako centralną postać w świecie. Uważa magicznie, że sprowadza na siebie zdarzenia, ale też może sprawiać, że coś się wydarzy. Na przykład, gdy coś zrobi lub pomyśli, to się stanie. Otrzyma miłość. To dziecięca strategia przetrwania w poznawanym świecie. Kiedyś w dziecięcym sposobie myślenia i odczuwania mogły przychodzić upragnione korzyści. To wzmacniało ten schemat. W dorosłym życiu bardzo często nieświadomie chce się powrócić do tego, co kiedyś wydawało się skuteczne. Tylko wokół są już inni ludzie. Nie odpowiadają tak samo. Jeśli stosujemy dziecięce strategie w dorosłym świecie, to napotykamy trudności. Okazuje się bowiem, że świat dorosłych nie jest magiczny. Jak piszemy, wymaga na przykład rozmów i nazywania potrzeb wprost.
Jak samodzielnie, krok po kroku wyjść z toksycznych schematów relacyjnych? Czy można to zrobić bez terapii?
Z.R.: Potrzebna jest uczciwość wobec siebie i wzięcie odpowiedzialności za siebie. Nieskuteczne jest przyglądanie się innym i oczekiwanie, że to oni się zmienią. Doświadczasz gier, więc jesteś ich stroną. Koniec. Trzeba zacząć od siebie. Od budowania swojej wartości, sposobu widzenia siebie, świadomości i akceptacji swoich potrzeb.
W swojej wcześniejszej książce, „W poszukiwaniu siebie. Każdy ma swoją opowieść do odkrycia”, pisała Pani o tym, by uczyć się rozumieć siebie. Czy bez wykonania tej pracy nie da się zbudować zdrowych relacji?
A.K.: Rozumienie siebie oznacza odkrycie swojej historii – swojego skryptu i wzorca budowania więzi. Bez tego jesteśmy w więzieniu własnych myśli i oczekiwań innych ludzi. Powtarzamy rolę, którą nam „zadano”, często w nieświadomym poranieniu naszych bliskich. Kochamy więc tak, jak nas kochano – na szczęście jeżeli zrozumiemy swoją historię, możemy to zmienić.
Jak zadbać o siebie na co dzień, kiedy jesteśmy w trudnym związku, ale chcemy nad nim pracować? Czy istnieją proste sposoby na ochronę zdrowia psychicznego w relacji?
A.K. i Z.R.: Jeśli jesteśmy w trudnym związku i chcemy nad nim pracować, warto sprawdzić, czy druga strona też chce naprawdę podjąć się tej pracy. Sami tego związku nie uratujemy. Obie strony potrzebują się nauczyć mówić wprost o swoich potrzebach i uczuciach i brać za nie odpowiedzialność.
