Przez 15 lat pracował w więzieniach i zamkniętych zakładach psychiatrycznych. Ujawnia, jak rozpoznać psychopatę

Przez 15 lat pracował w więzieniach i zamkniętych zakładach psychiatrycznych. Ujawnia, jak rozpoznać psychopatę

Dodano: 
Mężczyzna z nożem, zdjęcie ilustracyjne
Mężczyzna z nożem, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Shutterstock
Są świetnymi aktorami i potrafią odgrywać emocje, których nie czują. Charakteryzują ich antyspołeczne zachowania, patologiczna potrzeba kontroli i brak empatii. Ale czy zdajesz sobie sprawę, co może się wydarzyć, gdy padniesz ofiarą ich największej mocy – manipulacji? Mark Freestone obcuje z najbardziej niebezpiecznymi umysłami na świecie. Publikujemy fragment jego książki pt. „Jak rozpoznać psychopatę”.

Mark Freestone – czołowy ekspert w dziedzinie psychopatii. Jest starszym wykładowcą na wydziale psychiatrii Queen Mary University of London i doradcą NHS ds. pacjentów cierpiących na zaburzenia osobowości. Przez 15 lat pracował w więzieniach i zamkniętych zakładach psychiatrycznych. Był konsultantem serialu Killing Eve, współpracował z „Journal of Forensic Psychiatry and Psychology”. Jest autorem licznych publikacji naukowych na temat chorób psychicznych i przemocy. „Jak rozpoznać psychopatę” jest jego pierwszą książką.

Autor pokazuje w niej, po czym możemy rozpoznać, że mamy do czynienia z psychopatą. Wyjaśnia, dlaczego to zaburzenie osobowości zazwyczaj dotyka mężczyzn oraz podpowiada, jak należy postępować, gdy mamy styczność z psychopatą. W swojej książce Freestone przybliża sylwetki siedmiu przestępców cierpiących na zaburzenia psychiczne.

Na konkretnych, „z życia wziętych”, przykładach pokazuje, jak trudnym i złożonym problemem jest psychopatia oraz jakie nastręcza trudności w diagnozowaniu i leczeniu.

Jak rozpoznać psychopatę? Fragment książki Marka Freestone'a

Praca z niebezpiecznymi kryminalistami, osadzonymi w dużych ośrodkach – więzieniach, szpitalach, schroniskach dla zwolnionych warunkowo – to trudne, wyczerpujące zajęcie. Ludzie, z którymi ma się tam zawodowo do czynienia, są niebezpieczni (każdy z nich popełnił przynajmniej jedno ciężkie przestępstwo), a jednocześnie znajdują się w niezwykle stresującym położeniu. To czyni twoją pracę wyjątkowo trudną.

Masz do czynienia z ludźmi, których zamknięto w tym miejscu wbrew ich woli; twoim zadaniem jest przekonanie ich do zmiany, o której nie marzą i będą się od niej wykręcać. Przy okazji wystawiasz się na ich okrutną pomysłowość, bo część z nich z pewnością spróbuje cię skrzywdzić.

Ksiażka „Jak rozpoznać psychopatę” trafi do sprzedaży 9 lutego

Na domiar złego przestępcy z zaburzeniami osobowości w rodzaju psychopatii stanowią bardzo niewdzięczny materiał do resocjalizacji. Nie istnieje żaden sprecyzowany plan leczenia ich zaburzeń, a sami pacjenci są bardzo przywiązani do życia, jakie wiedli przed osadzeniem w ośrodku: życia często wypełnionego narkotykami i przemocą. Robią, co mogą, by odtworzyć sobie te warunki w więzieniu.

Czytaj też:
Zabójstwo 11-letniego Sebastiana z Katowic. Po pół roku od sprawy wciąż nie ma kluczowej odpowiedzi

A to sprawia, że więzienia są miejscami, w których trudno wytrzymać. Stare gmachy z ich interesującą wiktoriańską architekturą już dawno wyszły z użycia. Zasady BHP stanowią, że kanalizacja powinna zastąpić wiadra na pomyje, a proste, widne korytarze – mroczne zakamarki, w których osadzeni mogliby oddawać się jakimś nikczemnym postępkom. W efekcie wiele z takich ośrodków charakteryzuje zimny beton i puste białe ściany. Więzienia o zaostrzonym rygorze są najgorsze, bo mury stawia się tam wyższe niż zwykle, a do tego dochodzą niebotyczne ogrodzenia zwieńczone zasiekami z drutu.

Nie spotkałem w tych miejscach nikogo, kto przeniósłby swoje dotychczasowe życie w mury więzienia z większą zręcznością niż Paul. Poznałem go w pewnym zakładzie o zaostrzonym rygorze. Grupa innych więźniów rozmawiała właśnie z psychologiem o czekającej ich terapii. Usługę tę wdrożono niedawno.

Należała do programu DSPD powstałego, by leczyć poważnych przestępców, uprzednio uznanych przez system za „niereformowalnych” z powodu psychopatii czy innych zaburzeń.

Moim zadaniem była obserwacja tego rodzaju spotkań; miałem zrozumieć i opisać kulturę towarzyszącą próbom przywrócenia tych – zdawałoby się beznadziejnych – przypadków na łono społeczeństwa. Obserwowałem relacje między pracownikami zakładu a więźniami, których po raz pierwszy od lat wypuszczono z izolatki, albo takimi, którzy nigdy dotąd nie mieli szansy na spotkanie z kuratorem.

Większość więźniów z tej grupy przejawiała niepokój. Prawdopodobnie słusznie, bo wisiały nad nimi dożywotnie wyroki i zdawali sobie sprawę, że to ich ostatnia szansa, by kiedykolwiek wyjść na wolność. Żaden z nich nie miał pojęcia, czym jest leczenie. To słowo kojarzyło im się co najwyżej ze szwami zakładanymi przez pielęgniarkę po tym, jak pobili się na stołówce. Pośród nich był człowiek dzierżący lokalny rekord, jeśli chodzi o czas spędzony w izolacji. Spędził ostatnie sześć lat w celi o wymiarach dwa i pół na trzy metry. Teraz nawet siedzenie w towarzystwie innych ludzi sprawiało, że pocił się jak mysz i nerwowo zerkał na pustą ścianę za plecami. Myślę, że nawet ta pozbawiona okien salka, w której ledwie mieściło się osiem krzeseł i szafka na dokumenty, musiała mu się wydawać nieznośnie przestronna.

Czytaj też:
Brytyjska policja zatrzymała zabójcę 86-letniej kobiety. Próbował też zabić jej 88-letniego męża

Drugi równie intensywnie pocący się człowiek ukrywał twarz za parą okularów (jak się później dowiedziałem, zwanych tutaj „dzieciojebkami”). Miały one fotochromowe szkła chroniące wzrok przed jaskrawym oświetleniem więziennych pomieszczeń. To zdumiewające, jak bardzo przestępcy seksualni lubią je nosić.

Piszę „zdumiewające”, bo reszta więźniów oraz personel zawsze doskonale wiedzą, co oznaczają takie szkła. To przepustka do klubu dla cweli. Dlatego też nikt inny nie próbuje się w nie stroić. W efekcie agresywni przestępcy szukający sobie ofiary zawsze wiedzą, kogo obdarzyć względami.

W samym środku tej zbieraniny rozpierał się Paul. Właściwie to bardziej leżał, niż siedział, rozkraczony do granic ludzkich możliwości. Usta wyginał mu osobliwy, drwiący grymas. Wyglądał jak ktoś, kto serdecznie gardzi wszystkim dookoła, ale wie, że nie warto się z tym przesadnie afiszować.

– Ciekawa jestem, czego panowie oczekują w związku z dzisiejszym spotkaniem? – zagaiła psycholożka. Było to sprawdzone sokratejskie otwarcie, a ona tak uprzejma, że przybrała na twarzy wyraz zainteresowania odpowiedzią.

– Chcemy wyjść z jebanego więzienia – rzucił Paul.

Facet w dzieciojebkach wydał z siebie nerwowy chichot. Ten z izolatki wytrzeszczał oczy, jakby pędził na niego tir.

– To także jest cel, do którego można dążyć… – odparła spokojnie psycholożka.

– A ten to, kurwa, kto? – spytał Paul, machając ręką mniej więcej w moim kierunku.

Poczułem nagle, że i mnie przydałaby się para dzieciojebek.

Czytaj też:
To wydarzyło się naprawdę. Jest zwiastun filmu „Mój dług”, na podstawie wspomnień Sikory

Szybko nabrałem wrażenia, że Paul czuje się w więzieniu jak w domu. Był tu zadomowiony bardziej niż personel zakładu, a z pewnością bardziej niż ja. Spotkania tego rodzaju bywają zwykle napięte, ich przebieg jest trudny, a postulatów osadzonych i funkcjonariuszy nie da się pogodzić.

Po Paulu wszystko to spływało jak po kaczce. Siedział sobie w niedbałej pozie, z założonymi na piersiach rękami i tym prawie nieodłącznym uśmieszkiem. Prawie – bo jego twarz zmieniała się w mgnieniu oka, ilekroć wyczuł, że ma nad kimś przewagę. Wówczas rysy wykrzywiała mu szlachetna furia; przypominał w takich momentach jednego z telewizyjnych kaznodziejów z południa USA. W ten sposób Paul dawał ludziom znać, że są mu coś winni oraz że nadszedł czas odpłacenia się.

Przed osadzeniem Paul parał się zawodem, o który pyta się mnie najczęściej: mordował ludzi na zlecenie. Kusi mnie, by nazwać go „skrytobójcą”, ale to słowo ma w sobie ekscytujący czar i powab, którego zajęciu Paula zdecydowanie brakowało. Porywał dłużników swojego szefa (albo własnych), wiązał ich i poddawał torturom. Czasem zlecał te zajęcia swoim pozbawionym skrupułów poplecznikom. Ludzie ci byli równie brutalni jak on, a napędzało ich połączenie strachu i ambicji; każdy z pomagierów Paula marzył, by samemu zostać wielką szychą. Jego rządy terroru obejmowały kilka angielskich hrabstw. Umacniał je, rozprowadzając narkotyki. Jego klientami byli ludzie znajdujący się zwykle w rozpaczliwym położeniu. Większość z jego podwładnych tkwiła w uzależnieniu od kokainy, którą handlował. W efekcie stał się niemal panem ich życia i śmierci.

Któregoś dnia sprawy zaszły za daleko. Pojawił się rywal zagrażający pozycji Paula w narkotykowym półświatku.

Nasz bohater zebrał kilku młodocianych wspólników; jeden z nich był zaledwie chłopcem i musiał później stanąć przed sądem dla nieletnich. Całą bandą najechali tamtego dealera i rozstrzelali go serią z pistoletu maszynowego. Podczas procesu Paul polecił swoim adwokatom zrzucić winę na młodych podwładnych, samemu umywając ręce od wszelkiej odpowiedzialności.

Po skazaniu użył wszystkich przysługujących mu dróg prawnych, by przekonać sąd o prawdziwości swojej wersji wydarzeń. Jak zyskał możliwość odwoływania się od wyroku? Otóż Paul nawet zza krat wywierał na ludzi tak zastraszający wpływ, że kilku świadków oskarżenia zdecydowało się później wycofać lub zmienić obciążające go zeznania. Kiedy zagłębiłem się w notatki z procesu, mój podziw dla efektywności policji szybko wzrósł. Ci ludzie musieli działać niezwykle sprawnie, by zabezpieczyć zeznania świadków, nim gnani narkotykowym głodem pomagierzy Paula zdążą ich dopaść i groźbami zmusić do milczenia. Wśród tych dokumentów znajdował się także jeden, do którego nie przywiązałem wtedy szczególnej wagi. Wynik testu PCL-R podsądnego. Paul uzyskał w nim 38 na 40 możliwych punktów. Oznaczało to, że plasuje się w górnym procencie najbardziej psychopatycznych spośród wszystkich więźniów.

Czytaj też:
Były mistrz Polski podejrzany o zabójstwo. Żużlowcowi grozi surowa kara

Bardzo wielu mężczyzn i wiele kobiet dotkliwie cierpi w więziennym zamknięciu. Doskwierają im liczne restrykcje, szykany współosadzonych i rozdzierająca duszę nuda. Za jedynych współtowarzyszy ma się tam poczucie winy, lęk i samotność. Ale dla niektórych więźniów nawet zakład karny o zaostrzonym rygorze staje się drugim domem.

Nie spotkałem nikogo, kto uosabiałby tę postawę bardziej niż Paul.

Paul przyszedł na świat w rodzinie kryminalistów. Ojciec bardzo wcześnie wpoił mu tajniki przestępczego kodeksu: nigdy nie kabluj, nigdy nie płaszcz się przed władzą i odsiaduj swoje bez pękania. Był przystojnym mężczyzną o bujnych czarnych włosach i wyrazistych kościach policzkowych, które czas przesiedziany w bezczynności za kratami tylko nieznacznie zaokrąglił. Sprawiało to, że okazywano mu pobłażliwość niewspółmierną do jego przerażających postępków. Współosadzeni, ale i członkowie więziennego personelu różnych szczebli zdawali się mu ulegać na każdym kroku. Traktowali Paula niemal tak, jakby więzienie było jego terytorium. Jego siecią, w której reszta z nas znalazła się za sprawą różnych – często niekoniecznie fortunnych – życiowych decyzji.

Wpadłem w tę sieć jak śliwka w kompot. Dopiero co ukończyłem szkolenie z zasad więziennego bezpieczeństwa. Próbowałem zrozumieć, co w tych zamkniętych murach oznacza pojęcie władzy i w jaki sposób wyjątkowe cechy psychopatów mogą im pomagać – bądź zawadzać – w takim środowisku. Paul nie mógłby być dla mnie milszy; w tym pierwszym tygodniu pojawiał się na każdym zebraniu, w którym brałem udział, a także w klubie gitarowym. (Paul był entuzjastą klubu gitarowego, znanym w nim ze swoich interpretacji utworów Leonarda Cohena. Grał z pasją, choć miejscami fałszował). Od razu wyczuł moje zagubienie w tym nowym świecie pełnym skomplikowanych i niedyskutowalnych obostrzeń. Wysunął kilka pomocnych sugestii – dał mi znać, na które zajęcia powinienem przychodzić, „jeśli chcę się zorientować, jak to wszystko tutaj działa”. Zaintrygował mnie. Zgodziłem się wziąć w ciągu następnych tygodni udział w różnych aktywnościach terapeutycznej bądź towarzyskiej natury.

Czytaj też:
Zabójstwo Polaka w Wielkiej Brytanii. Aresztowano 13-latka

W większości przypadków poszło to świetnie. Paul był niezmiennie towarzyski i dokładał starań, by włączyć mnie w życie grupy. Inni więźniowie go lubili, podobnie jak wielu strażników. Ale były wyjątki. Często się zastanawiam, jaki obrót przybrałyby sprawy w tym więzieniu, gdyby nie Josie – filigranowa psycholożka sądowa. Być może ledwie dosięgała Paulowi głową do pasa, ale za to przejrzała go na wskroś. Ilekroć była obecna na spotkaniu z więźniami, pełniła funkcję narratorki ujmującej w słowa podteksty różnych jego wypowiedzi. „Kiedy tak to ujmujesz, Paul, brzmi mi to trochę jak groźba”. „Nie wiem dlaczego, Paul, ale mam wrażenie, że próbujesz mnie ośmieszyć przed grupą. Wyjaśnij, proszę, dlaczego”. Po jakimś czasie Paul zrozumiał, że nic nie ugra, i zaczął poczynać sobie znacznie ostrożniej, kiedy Josie była w pobliżu.

Poza terapią Paula charakteryzował luz i wdzięk w obyciu, które z czasem ujmowały mnie coraz bardziej. Wydawał się rozumieć moją naiwność i to, jak mocno pragnąłem pojąć zasady rządzące więziennym życiem. Sprawiał, że nigdy nie nudziłem się podczas zajęć o swobodniejszym charakterze, jak kurs gotowania czy klub szachistów (psychopaci bywają znakomitymi graczami). Nawet pogawędki podczas posiłków zyskały dzięki niemu interesującą dynamikę, bo Paul zawsze wyciągał z rękawa jakąś soczystą ploteczkę. Jego rewelacje odnośnie do współwięźniów zaskakiwały wszystkich; bywało, że włącznie z personelem.

Jego konikiem i niegasnącym źródłem frajdy było tak zwane „bractwo pał”. Jeśli wierzyć jego słowom, na terenie więzienia działał podobno tajny klub, którego członkowie świadczyli sobie nawzajem seksualne usługi.

Większość z członków bractwa uważała się za heteroseksualnych i przejawiała skrajną homofobię, jednocześnie wierząc, że seks z mężczyznami jest lepszy niż całkowity brak seksu. Używam sformułowania „podobno tajny”, bo jakoś tak się składało, że Paul zawsze wiedział, kto jest komu winny jakieś seksualne względy, a kto czuje się zazdrosny, bo pominięto go podczas poniedziałkowego loda pod prysznicem i tak dalej. Paul zawsze wieńczył te rewelacje pełną przekonania deklaracją: „Oczywiście ja się nie angażuję w te niedozwolone zachowania!”.

Czytaj też:
Na Malcie znaleziono ciało młodej Polki. Są wyniki sekcji zwłok

Podejrzewam, że robił to po to, by dać strażnikom poczucie, iż nieźle wykonują swoją pracę. Czasami nie mogłem jednak przestać się zastanawiać, dlaczego ktoś, kto nie przejmuje się niczym – a zwłaszcza cudzymi opiniami – zadaje sobie trud, by upewnić personel więzienia, że jest grzecznym chłopcem.

Z początku mnie to bawiło. Ale im dłużej słuchałem Paula, tym mocniej szanowałem więzienny personel – być może ze szczególnym uwzględnieniem Josie. Ci ludzie mieli pełne ręce roboty z tak trudną w obsłudze grupą osadzonych. Z czasem dotarło do mnie, że Paul może i rozjaśniał wszystkim trudną codzienność swoimi dykteryjkami, ale przy okazji zatruwał ogólną atmosferę. Jego starannie dobrane pogłoski i niedopowiedzenia wprawiały strażników w stan ciągłego napięcia, a więźniów trzymały w strachu, że ich niedozwolone praktyki wyjdą na jaw. W efekcie żaden z nich nie odważył mu się przeciwstawić.

Oczywiście w końcu i ja padłem ofiarą jednej z intryg Paula.

Przed kimś takim jak ja – człowiekiem z zewnątrz – stało wiele wyzwań. Jednym z najtrudniejszych było zyskanie wglądu w to, co dzieje się, gdy więzienni psychologowie i psychiatrzy wrócą już do domów po swojej (przeważnie ośmiogodzinnej) szychcie. Z punktu widzenia „cywila” życie za murami toczyło się bezpiecznie i raczej nudno; ot, praca jakich wiele. A jednak regularnie na porannych odprawach wysłuchiwaliśmy o makabrycznych incydentach, które miały miejsce podczas wieczornych i nocnych zmian. Uznałem, że jest tylko jeden sposób, by zrozumieć atmosferę tego więzienia. Postanowiłem spędzić tam pełne dwanaście godzin, czyli tak zwaną „szychtę A”. Miałem być w nim zamknięty od siódmej rano do siódmej wieczorem i zobaczyć na własne oczy, co robią więźniowie i strażnicy, kiedy nas tam nie ma.

Rzecz wymagała pomyślunku. Po pierwsze, byłem wtedy dwudziestoparolatkiem i zrywanie się o świcie nie należało do moich ulubionych zajęć. Po drugie, musiałem tak rozplanować sobie dzień, żebym ani się zanadto nie wynudził, ani nie zmęczył; chodziło o to, bym przez cały czas mógł obserwować wydarzenia wokół mnie. Zapytałem Paula o radę.

– Chłopie, musisz przyjść na śniadanie i na obiad też. Ludzie są wtedy głodni, źli i niektórym naprawdę odpierdala.

Paul zamilkł na moment, jakby się nad czymś zastanawiał. Nie zdarzyło mu się to nigdy wcześniej.

– Musisz przyjść na spotkanie biznesowe w naszym skrzydle, to o drugiej. Potem na grupę dyskusyjną mężczyzn o czwartej, ja też tam będę. No i jest codzienna terapia, jej nie możesz przegapić. Zapisałeś to?

Owszem, jak się okazało – zapisałem. Wziąłem sobie do serca rady tego jakże szczerego człowieka…

Źródło: Wprost