Wobec raka trzustki jesteśmy bezsilni

Wobec raka trzustki jesteśmy bezsilni

Dodano: 
Raka trzustki nie można usunąć na wczesnym etapie. Bo do chirurgów w zasadzie nie trafiają wczesne przypadki. Chyba że ktoś ma szczęście – mówi prof. Piotr Wysocki, kierownik Kliniki Onkologicznej Centrum Onkologii w Warszawie.

W ciągu ostatniego tygodnia, po śmierci Anny Przybylskiej, zalała nas lawina informacji o raku trzustki. Nowotworze, który u ponad 90 proc. chorych jest nieuleczalny. A 20 proc. z nich przeżywa ledwie rok od momentu postawienia diagnozy. Naprawdę jest aż tak źle?

Taka jest rzeczywistość.

Przerażające.

Rak trzustki, podobnie jak między innymi rak jajnika czy nowotwory centralnego układu nerwowego, należy do tych, których nie potrafimy wcześnie wykrywać. Wczesna diagnostyka po prostu nic nie wnosi.

Bo nie istnieje.

To prawda. Nie ma wczesnych objawów. Ten nowotwór pojawia się nagle.

Podobno z dnia na dzień człowieka zaczyna boleć tak, że z bólu traci przytomność.

Rzeczywiście, często jako pierwszy objaw pojawia się ból, który staje się coraz bardziej dokuczliwy, a z czasem trudny do wytrzymania. Nierzadko dolegliwości bólowe nie dotyczą brzucha, w przypadku raka trzustki mogą bowiem pojawiać się wyłącznie bóle pleców. U jednego z moich pacjentów, akurat po powrocie z wyjazdu narciarskiego, pojawił się ból w obrębie lędźwi. Ponieważ był ortopedą, uznał, że naderwał sobie mięsień, i zaczął stosować, bez skutku, maści przeciwbólowe i rozgrzewające. Dopiero gdy pojawiła się żółtaczka, bo guz trzustki zamknął przewód żółciowy, rozpoznano chorobę. Na operację było za późno.

Prof. Cezary Szczylik z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie mówi, by zamiast prezentów swoim najbliższym fundować badania USG. Tak w ramach profilaktyki raka trzustki.

W przypadku wielu nowotworów, a szczególnie w przypadku raka nerki, w zakresie którego prof. Szczylik jest uznanym ekspertem, wykrycie guza podczas przypadkowego badania USG nie jest rzadkim zjawiskiem. Ale w przypadku raka trzustki to już tak nie działa. W czasie badania ultrasonograficznego często nawet nie widać trzustki. Szczególnie u osób otyłych to wręcz niemożliwe. Z tego powodu w opisach badań lekarze informują tylko o polu trzustkowym. Badanie USG, nieocenione przy diagnostyce wielu innych chorób, może nie wykryć wczesnych guzów trzustki.

Mówi się, że to choroba ludzi starych. Że ten nowotwór nie miał prawa wystąpić u Przybylskiej, 30-latki.

Ryzyko choroby nowotworowej rośnie wraz z wiekiem. Im więcej razy w życiu człowieka komórki się podzielą, tym większe ryzyko, że na etapie kolejnych podziałów powstaną uszkodzenia genetyczne. I zwiększy się możliwość wystąpienia nowotworu. Poza tym im starszy organizm, tym mniejsza sprawność układu odpornościowego, który naturalnie wyszukuje i eliminuje feralne komórki. Ale pacjentów z rakiem trzustki, takich przed czterdziestką, miałem co najmniej kilkunastu.

A ilu z tego wyszło? W końcu według statystyk nawet dziesięć procent ogółu chorych ma szanse na wyzdrowienie.

Nie przypominam sobie takiego pacjenta.

Ani jednego?

Ani jednego. Tego nowotworu praktycznie nie można usunąć na wczesnym etapie. Bo do chirurgów w zasadzie nie trafiają wczesne przypadki. Chyba że ktoś ma szczęście.

I z innego powodu trafia na stół operacyjny.

Operuje się pacjenta na przykład z powodu kamicy pęcherzyka żółciowego i w trakcie zabiegu chirurg znajduje coś niepokojącego w trzustce. Wtedy usuwa się nowotwór trzustki na takim etapie, na którym jeszcze nie daje żadnych objawów i jest niewykrywalny w badaniu USG. Gdy do operacji kwalifikuje się chorego z podejrzeniem raka trzustki, nowotwór jest zazwyczaj już niewyleczalny.

Wiem, że czasami chirurdzy otwierają pacjenta, by po chwili go zaszyć. Gdy okazuje się, że wycięcie guza nie będzie możliwe.

Z uwagi na lokalizację trzustki w jamie brzusznej komórki nowotworowe bardzo wcześnie przenikają do innych narządów. Guz staje się praktycznie nieoperacyjny. Poza tym operacje w obrębie trzustki są jednymi z najtrudniejszych zabiegów chirurgicznych. Dlatego pacjentów, którzy trafiliby do mnie na pooperacyjne leczenie uzupełniające, a potem przeżyli pięć lat bez nawrotów choroby, nie pamiętam.

Właśnie dlatego nie rozumiem afery, która jakiś czas temu zelektryzowała Wielką Brytanię. Jedna z organizacji zajmujących się rakiem wymyśliła kampanię społeczną. Mężczyzna i kobieta, chorzy na raka trzustki, wystąpili w spotach. On stwierdził, że żałuje, iż nie ma raka jądra. Ona, że wolałaby raka piersi. I pojawiły się głosy oburzenia. W Polsce pewnie byłoby tak samo.

Mnie ta kampania nie szokuje. W przypadku większości innych nowotworów potrafimy sobie radzić nawet z rozsianą chorobą rozpoznaną na późnym etapie. Raka jądra leczymy skutecznie nawet u chorych, którzy mają przerzuty do narządów wewnętrznych, np. do wątroby, płuc czy mózgu. O całkowitym wyleczeniu możemy mówić w kontekście 50-75 proc. pacjentów z takim zaawansowaniem raka jądra.

A rak trzustki zabija 90 proc.

Bo wciąż nie mamy skutecznych leków. Tak naprawdę mówimy o kilku chemioterapeutykach, które trochę wydłużają życie chorym. Nie mamy leków, które stosowane jednocześnie lub w sekwencji pozwoliłyby wydłużyć średnie przeżycie chociażby do dwóch lat.

A Folfirinox?

To agresywny, bardzo toksyczny rodzaj chemioterapii, oparty na trzech działających w przypadku raka trzustki chemioterapeutykach. Nie możemy go stosować u osób w podeszłym wieku lub w gorszej kondycji, czyli w zasadzie u większości chorych. Tacy pacjenci mogliby nie wytrzymać terapii. Ale u tych, którym możemy go podawać, lek wyraźnie wydłuża życie.

Wyraźnie? O ile miesięcy?

Mówimy o około czterech miesiącach. Średnio z 7 do 11 miesięcy.

Czyli w zasadzie pacjent, który dowiaduje się, że ma raka trzustki, może liczyć tylko na to, by od was, lekarzy, dzięki chemioterapii albo radioterapii dostać jak najwięcej czasu.

Chemioterapia jest podstawową metodą leczenia raka trzustki. W przypadku radioterapii sprawa nie jest oczywista. Rozważa się, czy stosować ją u niektórych chorych po leczeniu operacyjnym, ale wydaje się, że bilans strat przeważa nad zyskami.

Polscy pacjenci mają już świadomość tego, jak potworna to choroba?

Wielu chorych na zaawansowane nowotwory od samego początku ma świadomość, że jest to choroba przewlekła, której się nie da wyleczyć. Tyle że w przypadku raka trzustki ta świadomość pojawia się w zasadzie od razu. Przecież pacjenci szukają informacji w internecie. Czytają o sposobach leczenia Patricka Swayze czy Steve’a Jobsa. Dowiadują się, jakie siły i środki zaangażowano w ich terapię. Także bezskutecznie.

Ostatnio czytali o Przybylskiej.

Historia Ani Przybylskiej też jest opisywana, aczkolwiek bez szczegółów.

Bez szczegółów? Mam wrażenie, że wiemy więcej, niż powinniśmy. Przecież lekarz aktorki, dr Dariusz Zadrożny, nie miał zahamowań, by w TVP mówić o tym, jak Anna Przybylska cierpiała. Ujawnił, że chciała mieć więcej dzieci.

Nie chciałbym tego komentować.

Nie uważa pan, że pański kolega z Centrum Onkologii w Gdańsku złamał tajemnicę lekarską?

Jedno wiem na pewno: kontakt z Anią Przybylską, z którą też miałem możliwość kilkukrotnie rozmawiać, był bardzo emocjonalny. Dlatego poniekąd mogę zrozumieć zaangażowanie emocjonalne kolegi.

Według wielu – za duże. Nieetyczne.

Jako onkolodzy wiemy, że tego typu sygnały medialne uświadamiają ludzi, że rak dotyczy wszystkich: i ludzi młodych, i celebrytów. Że nie należy chować głowy w piasek. Tylko się diagnozować, zmieniać nawyki. Uświadomić sobie, że alkohol, papierosy, otyłość i brak wysiłku fizycznego dramatycznie zwiększają ryzyko zachorowania na wiele różnych nowotworów, w tym raka trzustki.

Ale mówienie o bólu umierającej osoby to odzieranie jej z intymności.

Dlatego moim zdaniem tego typu informacje nie powinny wypływać ze środowiska lekarskiego. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby taka relacja płynęła od osób najbliższych, a nie ze strony lekarza. Jeśli partner lub rodzice zdecydowaliby się kiedyś opowiedzieć o walce Ani Przybylskiej z chorobą, to byłoby naturalne. I nie musielibyśmy rozmawiać o profesjonalizmie wypowiedzi lekarza. Poza tym tak naprawdę to pacjentka powinna zdefiniować, czy pozwala o tym mówić.

Może zdefiniowała.

Wtedy byśmy o tym wiedzieli. Wielu celebrytów mówi o swojej chorobie, poniekąd się z nią oswajając. W przypadku osoby, o której rozmawiamy, praktycznie żadne informacje nie były upubliczniane. Jeżeli taka jest wola chorej, to musimy ją uszanować, nie tylko za jej życia.

Dużo mówi się o bólu towarzyszącym rakowi trzustki. Czy to możliwe, by chory w ostatnich miesiącach życia nie cierpiał? By mógł godnie, bezboleśnie przejść na drugą stronę?

Lokalizacja i sposób wzrostu tego nowotworu często powoduje dramatycznie silne bóle. Ale postęp w zakresie leczenia paliatywnego jest taki, że stosując odpowiednio leki przeciwbólowe – nie tylko wysokie dawki pochodnych morfiny, lecz także dodatkowo jeszcze wiele leków wspomagających – jesteśmy w stanie ten nawet najstraszliwszy ból wyeliminować. Oczywiście, bardzo silne dawki leków powodują, że kontakt z pacjentem może być utrudniony, najczęściej chory bowiem przez większość czasu śpi. Ale najbliżsi chorych to akceptują, bo zdają sobie sprawę, że oznacza to ulgę w cierpieniu.

Mówi się, że polska kardiochirurgia nas wyróżnia w świecie. A onkologia to powód do wstydu. Zmiany ministra Arłukowicza, pakiet onkologiczny, który ma wejść w życie w nowym roku, poprawią sytuację?

Obawiam się, że może być odwrotnie.

Przecież z założenia diagnostyka pacjentów z podejrzeniem nowotworu ma być skrócona do minimum.

Tyle że konsekwencją tych zmian ma być również bardzo szybkie wdrożenie leczenia onkologicznego. Leczenie nowotworów wymaga dużego doświadczenia, a w Polsce jest zdecydowanie za mało specjalistów, onkologów klinicznych, radioterapeutów czy chirurgów onkologicznych. W ramach proponowanych zmian, aby zwiększyć dostępność do leczenia chirurgicznego, chirurdzy ogólni będą mieli te same kompetencje co chirurdzy wyspecjalizowani w leczeniu chorób nowotworowych. Trudno mi sobie wyobrazić, by chirurdzy ogólni – którzy operują całe spektrum schorzeń, czyli wyrostki robaczkowe, pęcherzyki żółciowe, przepukliny – mieli zająć się leczeniem zaawansowanych nowotworów, wymagających agresywnego podejścia, bardzo często poprzedzonego chemioterapią i radioterapią.

Nie ma żadnych pozytywów w zmianach planowanych przez ministerstwo?

Owszem, wzrośnie dostępność do procedur. Chorzy będą zdecydowanie szybciej trafiać na stoły operacyjne. Ale obawiam się, że spadnie jakość tych usług. Moim zdaniem lepiej dwa lub trzy tygodnie dłużej poczekać na operację przeprowadzoną przez lekarza wyspecjalizowanego w leczeniu chorób nowotworowych. Tym bardziej że każda decyzja o rozpoczęciu leczenia powinna być poprzedzona konsultacją z zespołem, w którym chirurg, onkolog, radioterapeuta, patolog i radiolog definiują szczegółowy plan leczenia. Chodzi o to, że zespoły wielodyscyplinarne i doświadczenie chirurgów pozwalają na określenie, którzy chorzy mogą być od razu operowani, a którzy wymagają leczenia przedoperacyjnego, pozwalającego zmniejszyć rozmiary guza. Tak aby można go było całkowicie usunąć w trakcie zabiegu. Bo zabieg nieradykalny, pozostawienie po operacji fragmentów guza, dramatycznie pogarsza rokowanie.

Nie wierzy pan w kolegów.

Prof. Krzysztof Bujko, światowej sławy specjalista od radioterapii, nieustannie na wszystkich konferencjach podkreśla, że nie można operować raka odbytnicy bez wcześniejszej radioterapii. Nie uwierzyłaby pani, ilu pacjentów z rakiem odbytnicy jest operowanych wbrew tym zaleceniom, czyli niezgodnie ze światowymi standardami. I nie chodzi tylko o niewielkie szpitale w małych miejscowościach.

Zdarza się panu załamywać ręce, gdy przychodzi pacjent, któremu ktoś skrócił życie źle prowadzonym leczeniem?

W onkologii wiedza zmienia się najszybciej i najwyraźniej w całej medycynie. Jeśli się tego nie śledzi, odbiera się pacjentowi szansę. Mogę zrozumieć, że lekarz nie stosuje się do wytycznych, które pojawiły się w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ale jeśli nie dotarły do niego informacje o zmianie procedur sprzed pięciu lat, o których głośno mówi się na wszystkich konferencjach edukacyjnych, wtedy załamuję ręce.

I nikt tego nie kontroluje?

Nie. Nie ma kontroli jakości w Polsce. Dlatego uważam, że powinien zostać wprowadzony system „płać za jakość”.

To znaczy?

Podam przykład z USA. Wszystkie tamtejsze ośrodki raportują każdy typ nowotworu, opisują przeżycia pięcioletnie, odnotowują odsetek powikłań, liczbę zgonów okołooperacyjnych. Te dane są jawne. Pacjenci mają do nich dostęp. Mogą sprawdzić, gdzie najefektywniej leczony jest dany nowotwór, i właśnie tam poddać się kuracji. Takie dane analizują też systemy ochrony zdrowia. W efekcie te ośrodki, które znajdą się w grupie 10 proc. najlepszych w całych Stanach Zjednoczonych,dostają dodatkowe pieniądze do kontraktu.

Wracając do raka trzustki. Czytałam, że szukanie skutecznej metody jego leczenia jest jak szukanie Świętego Graala. Pańskim zdaniem się uda?

Amerykanie udowadniają, że coś jest na rzeczy. Wydaje się, że immunoterapia, czyli leczenie polegające na aktywacji układu immunologicznego, działa. Chodzi o nową generację szczepionki, która wydłuża życie chorych na raka trzustki po niepowodzeniu chemioterapii. Poza tym prowadzi się badania, czy chorych z wczesnym rakiem trzustki nie należy poddawać agresywnej chemioterapii przedoperacyjnej. Może wtedy, gdy guz się zmniejszy, da się go radykalnie usunąć i wyleczyć chorego.

Mówimy o chorych. A diagnostyka?

Poszukiwane są pewne nowe markery białkowe i analizuje się znaczenie wykrywania zaburzeń genetycznych we krwi jako sygnałów, że coś niepokojącego dzieje się w trzustce. Ale w tej kwestii przekonujących danych na razie brakuje.

Pozytywnej puenty wywiadu nie będzie?

W przypadku wielu nowotworów, w związku z poprawą technik chirurgicznych oraz dzięki nowym lekom, maleje umieralność. W przypadku raka płuc, żołądka maleje również zachorowalność. W ostatnim czasie w USA zaobserwowano, że maleje także zachorowalność na raka jelita grubego. Wynika to z wprowadzenia powszechnej kolonoskopii, w trakcie której usuwa się z jelita polipy, z których za 10-15 lat mógłby rozwinąć się nowotwór. Poza tym od trzech lat mamy wreszcie bardzo aktywne leki w terapii czerniaka skóry. Do tej pory chorzy na czerniaka mieli zdecydowanie gorsze rokowanie niż chorzy na raka trzustki. Dzisiaj, nieśmiało, mamy nadzieję, że 30-40 proc. chorych na rozsianego czerniaka będzie miało wieloletnie przeżycia!

Czyli kiedyś poradzicie sobie nawet z trzustką?

Jestem o tym przekonany. �

Okładka tygodnika WPROST: 42/2014
Więcej możesz przeczytać w 42/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0