Wielkie zło w wielkie dobro przekuć
Art. sponsorowany

Wielkie zło w wielkie dobro przekuć

Dodano: 
Dziecko, zdjęcie ilustracyjne
Dziecko, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Pixabay / nastya_gepp
Jak rozmawiać z dziećmi o wojnie? Jak im pomóc zrozumieć to, co widzą i o czym słyszą? A może to wielkie zło, które obserwujemy, jest też wielką szansą? Życie stworzyło tak jednoznaczne i ostre sytuacje wychowawcze, których w intencjonalny sposób być może nigdy byśmy nie zorganizowali. Mamy wyjątkową okazję pokazać naszym dzieciom swoim zachowaniem, nie słowami, jak należy postępować – mówi dr Aleksandra Piotrowska, psycholog.

Trzeci tydzień wojny tuż u naszych granic. To sytuacja, która napawa niepokojem nawet dorosłych. A dzieci? Co one widzą? Co wiedzą? Czy potrafimy odpowiadać na ich pytania? Potrafimy z nimi rozmawiać o tym czym jest wojna?

Ostanie dni to wiele płynących zewsząd rad dla rodziców o tym, jak rozmawiać z dziećmi o wojnie i jak odpowiadać na czasem trudne dziecięce pytania. Sama mówiłam o tym wielokrotnie. Czy to oznacza, że tę lekcje „już przerobiliśmy”? Oczywiście nie. Niestety wiele dzieci wciąż zostawianych jest bez odpowiedniego zaopiekowania przez dorosłych. Nie spotykają się z wystarczająca pomocą. Nie wiedzą, jak zrozumieć, jak zinterpretować, jak uporządkować sobie odbierane informacje i co zrobić z niepokojem i lękiem.

Czasem nie tłumaczymy, bo dziecko nie zadaje pytań, a my nie chcemy podejmować trudnych tematów. Może być tak, że dziecko nie zadaje pytań, bo nie wie jak? Bo się boi? Milczenie powinno nas zaniepokoić?

To zależy. Czasem jest tak, że dziecko nie wykazuje zainteresowania. Spotkałam kiedyś dziewczynkę, która była zainteresowana właściwie tylko i wyłącznie tym, żeby rysować królewny w coraz to nowych sukienkach, w coraz to nowych koronach, i inne informacje, jeśli nie dotyczyły kolejnej królewny, nie bardzo były w stanie wywołać u niej jakiekolwiek zainteresowanie. Takie sytuacje także się zdarzają, szczególnie wśród dzieci młodszych. Czy brak zainteresowania może niepokoić? Tak, ponieważ są także dzieci, które swoje odczucia, swoje myśli, nie bardzo potrafią ubrać w słowa i nie są do tego zachęcane. To często dzieci z rodzin, w których nie prowadzi się rozmów na „poważne tematy”, uznając, że to nie jest sprawa dzieci. Takie dzieci przyzwyczajone są do rozmawiania o tym, „czy zjadły zupkę” albo „jakie mięsko było dziś w stołówce”. Te dzieci, stykając się z informacjami dotyczącymi wojny, mogą próbować całkowicie oddzielnie od dorosłych same sobie z tym radzić.

Efekt?

Zdarza się, że interpretują to, co widzą, w przedziwny sposób – np. że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to, co widzą w telewizji, te obrazki, to jakaś dziwna gra komputerowa. To się zdarza. Na szczęście myślę, że większość naszych dzieci jest zorientowana w tym, co się dzieje, i spotyka się ze zrozumieniem dorosłych, którzy z nimi rozmawiają.

A jeśli jeszcze nie rozmawialiśmy? Zrobić to czy wciąż czekać, aż dziecko samo zapyta?

Są dwie szkoły. Poza rodzicami, którzy z zasady nie podejmują trudnych tematów, są też tacy, którzy sądzą, że należy postępować za dzieckiem reaktywnie. Jeśli dziecko nie zada pytania, nie zaczynają rozmowy. Oczywiście mówimy tu o tzw. tematach trudnych jak wojna, choroba, śmierć, seks. Myślę, że w tej sytuacji, jaką mamy dziś, to nie jest dobra taktyka. Tu zdecydowanie opowiadam się za tym, żeby nawet jeśli dziecko nie zadaje pytań, wychodzić z założenia, że jednak styka się z informacjami, które muszą wywoływać u niego spory niepokój, i jeśli nie burzyć w dziecięcym umyśle istniejącego obrazu świata, to przynajmniej bardzo mocno go modyfikować.

Czyli rozmawiać. Jak zacząć rozmowę?

Najlepiej nie szykować się na taką jedną, bardzo poważną rozmowę w rodzaju: siadamy w spokojnym kącie, naprzeciwko dziecka i mówimy: „a teraz muszę ci coś bardzo ważnego powiedzieć”.

Po takim początku mnie samą przeszłyby ciarki po plecach. Wstęp: usiądź, musimy porozmawiać, zawsze zwiastuje kłopoty…

Często popełniamy taki błąd. Sądzimy, że odbycie takiej jednej, poważnej, wychowawczej rozmowy załatwia sprawę. W odniesieniu do dziecka bardziej potrzebny jest szereg rozmów albo raczej komentarzy dotyczących albo tego, o co dziecko spyta, albo tego, o czym wiemy, że do dziecka dotarło, bo widzieliśmy, że np. wpatrywało się przy nas, w ekran telewizora, w którym akurat był program informacyjny z wiadomościami na temat wojny. To szczególnie ważne, gdy mamy do czynienia z mniejszymi dziećmi. A więc: nie jedna, zasadnicza rozmowa, ale jedno-, dwuzdaniowe wyjaśnienia. Na bieżąco, w miarę jak dziecko coś zobaczy. Dlaczego? Chociażby dlatego, że musimy bardzo uważać, żeby dzieci nie zanudzić. Wielu dorosłych gotowych jest, widząc zainteresowanie dziecka, palnąć od razu wielominutową mowę na temat stosunków polsko-rosyjskich czy polsko-ukraińskich.

Czy brak pytań, milczenie dziecka może nas zaniepokoić jeszcze z innego powodu? To, co widzimy, to co się dzieje, to jednak sytuacja skrajna. Wojna, cierpienie ludzi. To powinno wywołać pytania. A jeśli dziecko naprawdę interesują tylko gry komputerowe czy rysowanie księżniczek? To powinno nas zaniepokoić? Powinniśmy podjąć jakieś działanie?

Dla wielu dorosłych sytuacja, w której dziecko nie pyta, jest sytuacją wygodną, bo nie muszą prowadzić rozmów, które są trudne i które nie bardzo wiemy, jak prowadzić. Nikt nas przecież tego nie uczył. Jednak myślę, że zostawianie tego bez reakcji nie jest dobrym pomysłem, bo nie mamy pewności, z czego wynika coś, co interpretujemy jako „brak zainteresowania”. Jeśli mówimy o dziecku małym, trzy-, czteroletnim, nie ma powodu do niepokoju. Ale jeśli dziecko ma lat sześć, siedem lub osiem i w dalszym ciągu te okropieństwa, które można zobaczyć i usłyszeć, nie pobudziły w żaden sposób zainteresowania światem? To może niepokoić. Jest też inna możliwość. Dziecko odbiera te informacje, ale jest tak skupione na sobie, tak egocentryczne, że jeśli coś bezpośrednio nie dotyczy jego życia, nie wzbudza zainteresowania. Żeby nie było wątpliwości: egocentryzm u dziecka jest stanem wyjściowym, w tym sensie normalnym, ale jednak powinien zmieniać się w miarę dorastania. Naturalne jest to, że z czasem wywołują zainteresowanie i zaciekawienie dziecka coraz bardziej odległe od bezpośredniej jego rzeczywistości aspekty świata i wydarzenia.

To, co się dzieje, może być takim specyficznym papierkiem lakmusowym zainteresowania naszego dziecka światem zewnętrznym, jego empatii?

To jedna ze składowych. Zainteresowania światem zewnętrznym albo czegoś więcej, czyli uwrażliwienia na sytuację drugiego człowieka. I to by mnie niepokoiło szczególnie, gdyby dziecko, widząc ludzi, których dom jest zniszczony, płonie, ludzi, którzy uciekają w popłochu, nie reagowałoby w żaden sposób. Przyczyny mogą być różne, dlatego nie wolno nam tego zostawić samemu sobie w nadziei, że to minie, bo np. „moje dziecko jest jeszcze takie malutkie, bo ma dopiero osiem lat i nic nie rozumie”. Rozmawiajmy więc, zadawajmy pytania. Upewnijmy się, że dziecko wie, co widzi. Że wie, że to nie film, nie gra komputerowa. Upewnijmy się, że dziecko wie, że to dzieje się naprawdę. Jeśli nie wiemy, jak zacząć rozmowę, albo jak rozmawiać, sięgnijmy do książeczek lub książek w zależności od wieku dziecka. Ale do pozycji, które przedstawiają sytuację wojny lub sytuację uchodźstwa z perspektywy dziecka. To nie może być książka przeznaczona dla dorosłych! Jest np. doskonała seria książek, które polecam rodzicom. Ma tytuł: „Wojny dorosłych - historie dzieci” i to są rewelacyjne, naprawdę doskonałe książki. Pisane z punktu widzenia dziecka. Dzieci są w nich narratorami albo opisywane są ich przeżycia, doznania, myśli czy sposób widzenia wojny oczami dziecka. Rekomenduję serdecznie.

Dziś jesteśmy w nieco innej sytuacji niż jeszcze dwa, trzy tygodnie temu. Wtedy musieliśmy tłumaczyć dzieciom, czym jest wojna i co lub dlaczego dzieje się na świecie. Wielu rzeczywiście w lepszy lub gorszy sposób już to „przerobiło”. Teraz przed nami kolejne wyzwanie. Spotkania w szkole. Do polskich klas trafiają ukraińskie dzieci. Dzieci, które musiały uciekać, które widziały wojnę. Jak im pomóc? Jak przygotować nasze dziecko na takie spotkanie?

Tutaj potrzebne są takie uprzedzające działania nie tylko rodziców, ale także szkoły. Zwłaszcza szkoła, nauczyciele, mają tu bardzo dużo do zrobienia. Myślę, że oprócz uświadomienia dzieciom, w jakiej sytuacji znaleźli się ich nowi koledzy, rówieśnicy, warto po pierwsze zwrócić uwagę na podobieństwa między naszymi dziećmi i dziećmi uchodźców. Musimy zmierzać do uświadomienia dzieciom, że nawet jeśli ich nowi koledzy inaczej się wypowiadają, inaczej być może się ubierają, to tak naprawdę, to, czym się interesują, jakie bajki znają, jakie gry i jakie zabawki lubią, jest bardzo podobne do tego, co znają nasze dzieci. Uświadomienie sobie podobieństwa sprawia, że bardzo zmniejsza się bariera oddzielająca od drugiego dziecka, od drugiego człowieka. Szczególnie nauczyciele, przede wszystkim oni, powinni wyjaśnić polskim dzieciom, że dzieci uchodźców mogą różnie się zachowywać, że przechodzą teraz czasem bardzo trudny okres adaptacji. To, co się stało, jest dla nich bolesne i nowe. Nikt z nimi tego nie uzgadniał, nie pytał, czy mają na to ochotę. To zupełnie coś innego niż nasz wyjazd z dziećmi na wakacje. Na wakacjach też jesteśmy w miejscu, którego języka nie znamy, w którym jesteśmy obcy, ale wakacje to coś, co robimy dla przyjemności. Natomiast te dzieci zostawiły swoje domy, zostawiły przedmioty, do których mogły być przywiązane, niezwykle często, niemal zawsze, także część swoich rodzin, za którymi bardzo tęsknią i o które bardzo się boją. Musimy to wszystko naszym dzieciom uświadomić. Musimy im uświadomić także to, że człowiek, który jest zrozpaczony, który jest niepewny siebie, człowiek, który znalazł się w nowej, obcej sytuacji, może przez pewien czas reagować w sposób trochę dla nas dziwny. Może być np. osowiały albo nie przejawiać radości z wręczanych mu prezentów. Może być apatyczny. Tak może reagować psychika. Nie należy wtedy obrażać się, że nasz nowy kolega nie rzuca się na nas z podziękowaniami albo że nie okazuje wielkiej radości, dlatego że wręczyliśmy mu ukochaną przez nas zabawkę czy maskotkę. A bywa i tak, że na nadmiar niepokoju czy martwienia się o nas reagujemy inaczej, niż otoczenie mogłoby się tego spodziewać. O dziecku mówi się, że „staje się niegrzeczne”, zaczyna albo bardzo marudzić, albo pyskować, przejawiać różne zachowania agresywne. I tym dzieciom uchodźczym takie sytuacje też mogą się zdarzyć. I to nie dlatego, że są „niedobrymi dziećmi”, tylko dlatego, że znalazły się w wyjątkowo trudnej sytuacji. Dlatego musimy być wyrozumiali bardziej w stosunku do takich dzieci niż w stosunku do naszego braciszka, siostrzyczki czy dotychczasowych kolegów z klasy. Dajmy tym dzieciom czas na adaptację, na przystosowanie.

To bardzo uniwersalne. Rodzice tych dzieci mogą reagować podobnie.

Oczywiście. To ten sam mechanizm. Lekcja dla naszych dzieci jest też lekcją dla nas samych. Dzieciom można pomóc w adaptacji w jeszcze inny sposób. I to już zadanie najlepiej dla nauczycieli. Jeśli wiedzą, że w klasie pojawią się nowi uczniowie, co to za problem, żeby nauczyć dzieci kilku ukraińskich słów? Znam szkoły, w których nauczyciele pokserowali i rozwiesili na ścianach w szkole lub rozdali dzieciom takie podręczne słowniczki polsko-ukraińskie. Bardzo przydatne dla obu stron.

Co powinno się znaleźć w takim słowniczku?

Podstawowe słowa i zwroty. Takie, które dotyczą codziennego życia, codziennych sytuacji, codziennych, zwykłych potrzeb dzieci. Pomyślmy też o tym, ale to znów apel przede wszystkim do dorosłych, żeby zadbać o zapoznanie uchodźczych dzieci z najbliższa okolicą. Żeby w szkole wiedziały, jak trafić do szatni, toalety. A może szkoła ma jakieś specjalne miejsca, zakamarki, windy? To samo dotyczy panujących w szkole zwyczajów, norm. Znam szkołę, w której każde dziecko uchodźcze dostaje swojego aniołka, ale nie rysunek, tylko inne dziecko, które podejmuje się indywidualnej opieki, udzielania pomocy na każdym kroku, szczególnie przez pierwszych kilka dni. Myślę, że to bardzo dobry pomysł.

Zastanawiam się, czy z tego całego zła, które miało i wciąż ma miejsce, paradoksalnie nie może przyjść do nas jakieś wielkie dobro. Może to też szansa? Dla nas, dla naszych dzieci. Nauka empatii, otwarcia na drugiego człowieka, w praktyce. Coś, co może nas zmienić. Na lepsze.

Mam dokładnie takie myśli! Że życie stworzyło tak jednoznaczne, wyraźne sytuacje wychowawcze, których w intencjonalny sposób być może nigdy byśmy nie zorganizowali. Pamiętajmy, że wychowujemy nie przez gadanie o tym, co dziecko powinno robić, ale przede wszystkim przez pokazywanie swoimi czynami, jak należy postępować. I teraz mamy wyjątkową okazję pokazać naszym dzieciom swoim zachowaniem, jak należy postępować. Mamy wyjątkową okazję, żeby nauczyć je, że rzeczą naturalną, ludzką, jest okazywanie zainteresowania sytuacją innych i pomaganie tam, gdzie ta pomoc jest potrzebna. Pomaganie nie wtedy, kiedy my mamy na to ochotę, gdy mamy dobry humor i dobry nastrój, ale pomaganie wtedy, kiedy drugi człowiek potrzebuje pomocy. Człowiek, ale też zwierzę, bo przecież wielu uchodźców dociera do nas ze zwierzętami.

Zastanawiam się, czy te spotkania z uchodźczymi dziećmi w szkole to też nie będzie trochę weryfikacja tego, co przez ostatnie tygodnie mówiliśmy naszym dzieciom. Mówiliśmy, że są bezpieczne, że nic im nie grozi, a one zobaczą w szkole te przestraszone dzieci, zobaczą, że są smutne, że cierpią. Może zrodzić się myśl: „skoro to przydarzyło się im, może przydarzyć się i mnie”.

To momenty, w których wychodzą nasze „małe kłamstwa”. Powiem wprost: jeśli do tej pory łgaliśmy dzieciom, że nic się nie dzieje, albo zaklinaliśmy się „nie, gdzie tam, wojna i takie rzeczy, to nie u nas”, chcąc je uspokoić bądź oddalić trudne tematy, to teraz poniesiemy tego konsekwencje. Nie wolno kłamać! Należy mówić prawdę, nawet małym dzieciom. One widzą i potrafią zrozumieć więcej, niż nam się wydaje. Oczywiście prawda musi być przekazana w sposób „osłaniający” dziecko i jego emocje.

Ostatnie tygodnie to bardzo wiele trudnych pytań… Co powiedzieć, jeśli dziecko zapyta: a czy u nas też może być wojna?

Należy odpowiedzieć: „mam nadzieję, że nie” albo „sądzę, że nie”, „gorąco wierzę w to, że nie”. Ale nie mówmy: „to wykluczone”, bo to jest nieprawda. Bardzo uważajmy. Kiedy rozmawiamy zwłaszcza ze starszymi dziećmi, nie bójmy się odpowiedzi: „nie wiem”. Pytania mogą być nawet trudniejsze niż pytanie o to, czy będzie wojna. Przykład? Spotkałam się z sytuacją, kiedy ośmiolatek zapytał: „czy teraz, w takiej sytuacji, jaka tam jest, to Ukrainiec, który zabija Rosjanina, nie robi nic złego?”.

Przyznaję: ja nie wiedziałabym, co dziecku odpowiedzieć…

Co odpowiedzieć? Na takie pytania nie ma prostych odpowiedzi. Myślę, że trzeba pójść w kierunku wskazywania dziecku różnic pomiędzy tym, kto napada i jego postępowaniem, a tym, który się broni. Mamy prawo do obrony. Jeśli ktoś na mnie krzyczy, mam prawo także na niego krzyknąć. Jeśli ktoś chce mnie zabić, mam prawo, broniąc się, zabić jego. Ze starszymi dziećmi możemy mówić o różnych typach wojen. O wojnach obronnych, wojnach etnicznych, wojnach domowych. W przypadku mniejszych dzieci to nie jest potrzebne. Kiedy rozmawiamy z sześcio-, ośmiolatkiem, nie posługujmy się terminami, które dla nas są oczywiste, ale dla niego nie będą, jak dyktatura czy reżim. Dziecko nie zrozumie. Mówmy raczej o „złym człowieku”, „podlecu, który ma złe zamiary”. To jest język, który nawet nieduże dziecko może zrozumieć. Oczywiście inaczej wygląda sytuacja kiedy rozmawiamy z piętnastolatkiem.

Kiedyś dzieci nocą bały się potworów w szafie, teraz będą bały się Putina w szafie…

Wie pani, z jaką pracą zetknęłam się ostatnio? Przygotowała ją grupa siedmiolatków. Nauczycielka po wysłuchaniu, co dzieci wiedzą, co zaobserwowały, jakie obrazy widziały w telewizji, zaproponowała, żeby razem na dużej płachcie papieru narysowały związane z wojną rzeczy, z którymi nie chciałyby mieć do czynienia. Na rysunku znalazły się czołgi, karabiny, a na dole napis: „Putin jest meganiefajny”.

Dzieci są mądre!

I opisują świat, używając swojego języka. To język dużo prostszy niż nasz. Pamiętajmy o tym, rozmawiając z nimi.

Uchodźcy z Ukrainy

U wielu z nas są teraz goście. Wielu Polaków przyjęło pod swój dach rodziny z Ukrainy. Matki, najczęściej z dziećmi. Jak tym dzieciom możemy pomóc?

To rady uniwersalne. Dotyczą tak samo traktowania dzieci, jak i ich matek. Myślę, że przede wszystkim musimy otoczyć je opieką, troską i serdecznością. To poczucie bezpieczeństwa, które im runęło w ostatnim czasie, do odbudowania wymaga przede wszystkim wiary, że jest obok nas ktoś, kto zadba, dopóki sami się nie ogarniemy, o zaspokojenie naszych podstawowych potrzeb. Jedzenie, picie. Żeby nie być głodnym, żeby nie być spragnionym. To też ochrona przed innymi zewnętrznymi zagrożeniami. Ochrona przed zimnem, przed padającym deszczem. To jest to minimum. Zapewnić zaspokojenie podstawowych potrzeb. Rzeczą strasznie ważną jest także okazywanie pozbawionej wścibstwa serdeczności. Troski, gotowości zajęcia się daną osobą i spełnienia jej życzeń. Ale, co ważne, musimy reagować elastycznie. Obserwować. Czego chcą, do czego dążą nasi goście. Odpowiadajmy na potrzeby, nie narzucajmy się.

Bardzo ważna jest też intymność, prywatność. Na przykład niedopuszczalne jest, żebyśmy co pięć minut wchodzili do pokoju, który przeznaczyliśmy dla naszych gości, bo np. tam mamy serwetki czy coś innego, czego potrzebujemy. Niech ten jeden pokój będzie ostoją intymności, prywatności. Nie mówmy takich frazesów bezsensownych: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży”. Powodują nami dobre chęci, wysyłamy w ten sposób sygnały, które mogą być różnie odbierane, np. jako niedocenianie powagi sytuacji albo lekceważenie przeżyć naszych gości. Myślę, że ważniejsze może być „robienie za ucho” czyli mniej pytać, a więcej słuchać. Oczywiście, jeśli ktoś ma ochotę do nas mówić, bo ludzie bardzo różnie reagują. U wielu dzieci, podobnie jak u ich rodziców, może występować „zamrożenie” emocjonalne. To w psychice mechanizm obronny polegający na tym że, przez jakiś czas, właściwie żadne emocje nie zyskują dostępu do danej osoby. Ktoś taki nie potrafi ani się cieszyć, ani płakać, często tylko siedzi jak skamieniały. Czasem razem z „zamrożeniem” przez wiele dni może występować ciągła czujność. Czujność, która nie pozwala ludziom odpocząć, wyłączyć się. Człowiek kładzie się na chwilę i wstaje. Chodzi albo siedzi, mimo iż jest już bezpieczny. Cały czas gotowy na wypadek, gdyby znów trzeba było uciekać.

Jak pomóc?

Wiedzieć o tym, że takie sytuacje mogą się zdarzyć. To przejdzie. Pozwólmy psychice tych ludzi dojść do równowagi. Potrzeba czasu. Inne osoby mogą np. cały czas płakać. Z radości, z poczucia straty, z bezsilności. Trudno im opanować łzy. Starajmy się to zrozumieć i wytłumaczyć to także naszym dzieciom. To dla nich, ale i dla nas, nowe doświadczenie. Zrozummy, że ludzie są różni i różne reagują. To bardzo ważna lekcja.

Myślę jeszcze o innej sytuacji. W naszym domu pojawia się inna rodzina, inne dzieci. Nasze dziecko, które do tej pory skupiało na sobie całą naszą uwagę, teraz musi się nami dzielić z innym dzieckiem. Dzieckiem, które wchodzi do jego pokoju, dotyka jego zabawek. Może pojawić się zazdrość? Poczucie zagrożenia? Jak przygotować dziecko na to, że w domu pojawią się inne dzieci?

Mogą pojawić się trudne sytuacje. Oczywiście. Szczególnie jeśli do tej pory nasze dziecko było w domu „na piedestale”. W wielu naszych domach tak jest. Zanim przyjmiemy gości, warto dziecko do tego przygotować. Wyjaśnić, co zmieni się w jego życiu, czego oczekujemy. Należy też dać dziecku prawo do tego, żeby np. pewne jego zabawki, pewne przedmioty były zastrzeżone wyłącznie dla niego. Dziecko nie ma obowiązku dzielenia się wszystkim. Jeśli będzie chciało oddać swoją zabawkę, podarować, niech to będzie jego decyzja. Nie możemy oczekiwać, że dziecko które do tej pory miało wiele rzeczy tylko dla siebie, teraz będzie się chętnie dzieliło. Lepiej wyodrębnić przedmioty, które dziecko chce zachować dla siebie, zgromadzić je na innej półce.

Generalnie rzecz biorąc, myślę, że taką najbardziej uniwersalną radą dla wszystkich, którzy zaprosili pod swój dach uchodźców, jest to, by starać się włączać naszych gości w zwyczajne, domowe aktywności. A może chcą razem z nami zrobić zakupy? Albo przygotować obiad? Nawet rzecz tak zwyczajna jak wyrzucanie śmieci… Jeśli nasze dziecko idzie, może niech weźmie z sobą dziecko naszych gości. Włączanie w codzienne aktywności jest ważne. Nie tylko dla dzieci. Także dla ich matek. Działanie daje poczucie sprawczości. Poczucie, że coś możemy, że mamy na coś wpływ. Nawet na tak drobne rzeczy jak przygotowywanie posiłku. Dążmy do tego, żeby w Ukraińcach jak najszybciej odbudować poczucie sprawstwa. Poczucie, że w każdej sytuacji można coś zrobić. Coś dla siebie lub coś dla innych.

A zabawy, na przykład zabawa w wojnę? Zabawa znana i przez dzieci lubiana. Jak reagować? Czy reagować?

Absolutnie nie karciłabym dzieci za zabawy wojenne. Niedawno zadzwoniła do mnie nauczycielka, która z przerażeniem w głosie opowiadała, że wyszła na szkolny korytarz, a tam… trup słał się gęsto, bo dzieci polskie wspólnie z ukraińskimi bawiły się w wojnę i gdy któreś usłyszało „paf”, to zgodnie z regułami wojennymi padało na ziemię. Nie ma w tym niczego złego. Zabawa jest dla dzieci naturalnym sposobem poznawania świata. Dzieci zawsze bawiły się w wojnę. W oparciu o to, co widziały na filmach, czasem niestety w oparciu o to, co widziały na własne oczy. Nie róbmy z tego wielkiej sprawy.

A dzieci ukraińskie?

Ukraińskie dzieci też mogą bawić się w wojnę. To nie jest niczym nienaturalnym. Dzieci często wykorzystują do zabawy różne pomysły, czasem fragmenty własnego doświadczenia. Może być tylko problem, że tak jak kiedyś podczas zabawy w kowbojów i Indian nikt nie chciał grać Indian, tak teraz nikt nie chce grać Rosjan.

Bo wszyscy wiedzą, że „Putin jest meganiefajny”.

Dokładnie.

Wiele trudnych pytań i trudny czas, także dla nauczycieli. Szkoły staną na wysokości zadania?

W szkołach pracują ludzie, a ludzie w trudnych sytuacjach reagują różnie. Czasem stają na wysokości zdania, czasem nie. Z reguły jest tak, że w sytuacjach wyjątkowych potrafimy się wyjątkowo zmobilizować. Problem polega na tym, że nam potrzebna jest mobilizacja maratończyka, a nie sprintera. Tego się najbardziej obawiam. I oby szkoły dostawały pomoc. Ponieważ bez pomocy od kuratoriów, od władz oświatowych, na dłuższą metę sobie nie poradzą. Dzięki wyjątkowej mobilizacji można funkcjonować tydzień, ale nie miesiące. Koncepcje klas przygotowawczych gromadzących dzieci ukraińskie? Wspaniała idea, ale skąd wziąć nauczycieli, którzy będą z tymi klasami pracować? Czyżby w naszych szkołach był nadmiar pedagogów? Od dawna o tym nie słyszałam. A gdzie te klasy lokować? W szkołach z reguły każdy metr kwadratowy wykorzystywany jest ponad miarę. Wiem, że zdarzają się czasem szkoły pracujące w innych warunkach, ale z perspektywy tego, co widzę na co dzień np. w Warszawie, nie jest łatwo. Nie wolno szkół zostawić samych. Nie wolno wszystkiego cedować na barki nauczycieli i odwoływać się do ich misji. Trzeba im zorganizować warunki do pracy.