„Miarą dobrego kochanka jest ilość rzeczy, które potrafi zrobić w sypialni poza penetracją”. Walentynkowa rozmowa z Joanną Keszką

„Miarą dobrego kochanka jest ilość rzeczy, które potrafi zrobić w sypialni poza penetracją”. Walentynkowa rozmowa z Joanną Keszką

Dodano: 2
Joanna Keszka, fot. Łukasz Sokół
Joanna Keszka, fot. Łukasz Sokół
Dlaczego każda kobieta powinna mieć w torebce wibrator łechtaczkowy? Czy seks bywa wykorzystywany jako waluta? I dlaczego kobiety w tym kraju nie potrafią się swobodnie kochać? Na te pytania odpowiada edukatorka seksualna, Joanna Keszka.

Joanna Keszka, autorka książek „Potęga zabawnego seksu. Przepisy na seks, jak kochać się sprośnie i radośnie” i „Grzeczna to już byłam” sama mówi o sobie, że jest trenerką kreatywnego seksu. W walentynkowej rozmowie z „Wprost” kolejny raz przełamuje tematy tabu dotyczące seksualności – mówiąc o tym, o co inni wstydzą się nawet zapytać.

Magdalena Irzycka: Spotykam się niekiedy z opinią, że bielizna na walentynki dla kobiety jest bardziej prezentem dla mężczyzny, – bo „ma na co popatrzeć”. Czy zgadza się Pani z tą teorią?

Joanna Keszka: My kobiety często jesteśmy wkręcane w pewnego rodzaju spiralę fałszywych podpowiedzi, które wpędzają nas, a także naszych partnerów, w taką ciemną, erotyczną uliczkę. Zachęca się nas do tego, żebyśmy my odgadywały pragnienia naszego partnera i żebyśmy zadowalały się zadowalaniem jego pragnień. To zaprzecza idei bycia osobą dorosłą, dojrzałą, bo dorosłość polega na tym, że odkrywamy własne potrzeby, własne pragnienia. Uczymy się jak mieć seks, budować relacje, znaleźć przestrzeń na realizowanie naszych pragnień w tych okolicznościach, w jakich nam przyszło żyć – w taki sposób, żeby to budowało nas i nasze związki.

Bardzo ważne jest żeby zadawać sobie w tej przestrzeni seksualnej podstawowe pytanie: A czego ja sama naprawdę chcę?

W tej sytuacji może się okazać, że dla kobiety fajniejszym prezentem, niż bielizna będzie wibrator łechtaczkowy. I może się okazać, że oboje na tym skorzystają: bo mężczyzna może dostać wreszcie lekcję edukacji seksualnej, którą wszyscy powinniśmy dawno odrobić. Ale jak wiadomo, tych nieodrobionych lekcji wciąż mamy bardzo bardzo dużo. Gorąco zachęcam do tego, żeby myśleć o tej seksualności w ten sposób: Jeżeli coś jest dla nas dobre, to nie oznacza, że to jest złe dla naszego partnera. Kobiety skarżą się, że jeśli zatroszczą się o siebie, to będzie oznaczać, że są samolubne. I każda kobieta drży, żeby zaraz ktoś jej broń Boże o to nie posądził.

Mężczyźni idą do seksu po orgazm. I nie ma w tym niczego złego. Ważne jest, żebyśmy my kobiety też szły do łóżka po przyjemność bez tłumaczenia się z tego. Dla mężczyzn seks jest, powiedziałabym, dosyć prostym doświadczeniem. Idą do łóżka po to, żeby mieć przyjemność. Dla kobiet to jest taki psychologiczny performance – trzeba wykalkulować, na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. Żeby go nie przestraszyć albo żeby on mnie nie wyśmiał, żeby nie zarzucił mi, że coś jest nie tak. Bo niestety problemem w polskich sypialniach, powiedzmy to sobie wprost, jest ogromne przyzwolenie na brak wiedzy o seksie u mężczyzn.

Książki o seksie zazwyczaj czytają kobiety. Książką, którą czytają mężczyźni jest co najwyżej kamasutra. Ale co jest w kamasutrze – tej okrojonej wersji zachodniej? Tam są same pozycje. Tak naprawdę to jest książka, którą można by zawrzeć na jednej stronie: jak włożyć penisa do pochwy? To jest najprostsze. A ja zawsze podkreślam, że miarą dobrego kochanka i dobrej kochanki jest ilość rzeczy, które potrafi i chce zrobić w sypialni poza penetracją. Włożenie penisa do pochwy – nawet w różnych pozycjach – jest najbardziej oswojonym i „grzecznym” doświadczeniem erotycznym. A na dodatek penis w pochwie nie jest drogą do orgazmu dla kobiet.

Uważa Pani, że gadżet erotyczny to dobry pomysł na prezent walentynkowy?

Absolutnie tak. Zajmując się tym tematem od wielu lat zauważyłam, że na walentynki pojawia się coś w rodzaju „ogólnonarodowego zrywu erotycznego”. Jest takie przyzwolenie, żeby z tej okazji zrobić coś specjalnego także w łóżku. To mnie bardzo cieszy, bo czujemy, że brakuje nam tego, żeby bez poczucia winy, wstydu i grzechu sobie tak swobodnie pobaraszkować. I walentynki to przyzwolenie dają. Drugim momentem, by poczuć się swobodnie w przestrzeni seksualnej są wieczory panieńskie. Pojawiają się tam gadżety, rubaszne gry i zabawy. Jednak potem to małe okienko się szybko zamyka.

Zawsze mam marzenie żeby tych „okienek transferowych”, gdzie czujemy to pozwolenie na swobodę było więcej. Zdecydowanie na walentynki więcej dzieje się w polskich sypialniach. Chociażby ta bielizna – w momencie kiedy nie wiemy, od czego zacząć, to przynajmniej ta bielizna jest podkreśleniem, że seks będzie bardziej odświętny. A ja zachęcam, żeby pozwolić sobie na więcej. Bo wprowadzanie nowości w sypialni nie jest wcale taką łatwą sprawą, jak by się mogło wydawać. Nas ciągle prowadzą fałszywe przekonania, że o seksie wiemy już wszystko. Popkulturowe przekazy na temat seksu i łatwość dostępu do filmów dla dorosłych – to wszystko nam sugeruje, że seks to jest taka bardzo rozpoznana przestrzeń. Co jest nieprawdą, bo kiedy ja pytam kobiety na swoich spotkaniach i warsztatach, aby wymieniały pięć rzeczy, których chciałyby spróbować w sypialni, to mają z tym ogromny problem.

Niekiedy kobiety mocno skupiają się na sferze uczuciowej, są wstydliwe. Czy wtedy mają szansę na udane życie erotyczne?

Wszystkie jesteśmy wstydliwe (śmiech). Ja też uważam, że jestem wstydliwa, ponieważ jestem kobietą urodzoną i wychowaną w tym kraju.

Nas się karmi wstydem jak kaszką manną od urodzenia. „Nie rób tego, nóżki razem, nie wygaduj takich rzeczy, chłopakom wolno więcej”.

I zresztą mężczyźni, chłopcy – oni mają łatwiej, bo są zaprzyjaźnieni ze swoimi częściami intymnymi na co dzień. Po prostu każdy mężczyzna kilka razy dziennie ma kontakt ze swoimi częściami intymnymi. My, kobiety – jesteśmy całkowicie odcięte od swoich cipek. Ja znam wiele kobiet, które urodziły dzieci, miały wielu mężów i kochanków, a nigdy w życiu nie widziały w sposób świadomy swojej cipki. Czasami słyszę: „no, przy goleniu”. Ale przy goleniu się nie liczy. To trochę mało. Co innego jest usiąść przed lustrem, rozłożyć szeroko nogi i po prostu się obejrzeć.

Na swoich profilach w social mediach przełamuje Pani tematy tabu. Czy jest w tym pewne poczucie misji, rewolucji seksualnej?

Ja już od wielu lat walczę o to, żeby seks przestał być bronią, którą się strzela w kobiety. Nam ciągle brakuje takiej bezpiecznej przestrzeni, żebyśmy my mogły się otworzyć i powiedzieć: „ja też mam swoje marzenia i pragnienia seksualne”. Przestrzeni, by czegoś spróbować w łóżku i przyznać się, że chciałybyśmy mieć różnorodne doświadczenia. Albo, że miałyśmy.

Takie kobiety wciąż szybko i surowo się ocenia. Że wulgarna, niewyżyta, dziwka. Słowo dziwka jest bardzo bolące. Nawet te z nas, które wyglądają, jakby urodziły się z wibratorem w jednej ręce, a wiertarką w drugiej – nawet takie osoby czują się boleśnie zranione tym określeniem. Chociaż ja osobiście nie rozumiem, dlaczego słowo dziwka jest nienormalne – to po prostu kobiety, które zarabiają w taki sposób, na jaki jest popyt. Jakby nie było popytu, nie byłoby tego zawodu. Więc strzela się tylko w jedną stronę. Do panów, którzy korzystają z usług nie mówi się: zachowujesz się jak ten, który korzysta z usług dziwki. Ale to jest inna historia.

Od wielu lat staram się bardzo mocno prowadzić narrację, żeby w tej przestrzeni seksualnej mówić o kobietach dobrze. Uważam, że to jest rzecz najważniejsza. Żeby przestać w seksie posługiwać się takim zażartym językiem wobec kobiet. Szybką i surową oceną, do której jesteśmy przyzwyczajeni. „Jak ty się ubrałaś? Co ty głupia byłaś? Sprowokowałaś go?”

Zamiast słów wsparcia, starania się, aby ukarać sprawcę, ona słyszy: ale czy ty głowy nie miałaś? My się czujemy bardzo zaszczute i odosobnione w swoich seksualnych doświadczeniach. Kiedy na warsztatach rozmawiam o odkrywaniu kobiecej seksualności, to często jest taka ulga: ojej, ja też tak mam! Więc pomimo zalewu informacji, my tak naprawdę mamy bardzo mało informacji na temat tego, jak wygląda prawdziwy seks. Bo ten seks z filmów wbija nas też w poczucie, że wszystko robimy źle. Na filmach pościel jest piękna, ciało wspaniałe, włosy lśniące, orgazm – niemal na zawołanie. A my w tej naszej sypialni czujemy się nie tacy, jak trzeba. Nasze łóżko takie zwykłe, ciało nie tak jak trzeba, ten nasz partner taki sobie. Wydaje nam się, że wszystko robimy źle. To jest krzywdzące i odbiera nam radość z seksu.

Seks to jest cześć naszego życia, osobowości. Coś, co towarzyszy nam przez całe dorosłe życie. Nieważne, czy my tego seksu mamy dużo, czy mało. Ta sfera seksualna to nie jest coś, co można odwiesić na kołek i powiedzieć: teraz to się zajmuję ważnymi sprawami, seks nie jest ważny. Nieprawda – myślisz o seksie. Tak samo, jak o innych rzeczach związanych z dorosłym życiem. Tylko my jesteśmy w tej kulturze chrześcijańskiej wychowani, gdzie jednak doszukiwanie się przyjemności z seksu to jest grzech. Grzech to jest coś złego. Więc jesteśmy zachęcani do tego, żeby wypierać się tej seksualności lub sprowadzać ją tylko do wyglądu. To nas bardzo ogranicza i też knebluje. Za pomocą seksu, nas, kobiety się ucisza, szybko się zawstydza. Wystawia nam się surową ocenę. Że zachowujemy się nie tak jak trzeba, nie jesteśmy kobiece. Ja zawsze powtarzam: mam cipkę, więc jestem wystarczająco kobieca. Dlaczego ja jeszcze muszę udowadniać to swoim zachowaniem w łóżku, strojem? Niestety tego się od nas oczekuje.

Gdy mówię: cipka, penis, penetracja, lizanie łechtaczki, seks analny, często słyszę – ojej, ale to takie mało kobiece. Nawet ja, mieszkając w stolicy sporego kraju, zajmując się tematem seksu na co dzień, słyszę w otoczeniu takie głosy. To już nie wypada, tu już przesadziłaś. Wiec z czym mają do czynienia kobiety, które nie zajmują się tym tematem zawodowo? W ich życiu też jest normalny, codzienny, domowy seks. Tylko nie mają oparcia, żeby w tym seksie doszukiwać się przyjemności także dla siebie, robią to, do czego nas się zachęca.

Więc ta religijność trochę utrudnia udane relacje seksualne?

Trochę? (śmiech).

Dobra odpowiedź.

Ja powiem tak: w naszym kraju kościół najwięcej mówi o seksie. Oni po prostu wiedzą, co jest ważne, to jest wielowiekowa instytucja. Wiedzą, że kto ma seks, ten ma władzę. Proszę zauważyć, że kościół bardzo często mówi o seksie. My w tej chwili nie mamy edukacji seksualnej w szkołach, a lekcje religii są. Komunia święta pojawia się na poziomie 8,9-letnich dzieci. Idą do komunii i tam pierwszy raz zazwyczaj w przestrzeni publicznej słyszą słowa w kontekście seksualności. Jakie to są słowa? Na przykład: „Czy miałeś grzeszne myśli?” Słyszą to tak małe dzieci. A dorośli, cała rodzina w tym asystuje, bo to wielkie wydarzenie rodzinne.

Szkoła to przestrzeń, której się ufa. Katecheta mówi o miłości bożej i w tej przestrzeni te dzieci nie mają jak… uciec. Nie mają jak schować się przed tym złym przekazem, który towarzyszy nam potem przez całe życie. Że seks to grzech, grzeszne myśli, że ciało to wstyd. I my ten ciężar nałożony przez kościół, a podtrzymywany przez rodzinę i szkołę, niesiemy przez całe życie seksualne. Potem ten seks tak ustawia nas w takim wąskim boksie: co wypada mężczyźnie, co kobiecie.

Nie odkrywamy swojej seksualności, która powinna być elementem rozwoju. Czego my chcemy? Czego chce nasz partner? Żeby to wiedzieć bez osądzania. To jest bardzo ważne przyglądać się swoim pragnieniom bez osądzania.

Pamiętać, że seks nie służy do osądzania, tylko do budowania relacji. Czy wybieramy ze swoich marzeń, fantazji, potrzeb erotycznych takie, które odpowiadają również naszemu partnerowi? Czy nie wykorzystujemy tego seksu do demonstrowania swojej władzy? „Ja noszę spodnie, to będzie po mojemu. A jak ci nie odpowiada, to idź się leczyć niewyżyta dziwko”. Kobiety również mogą wykorzystywać seks jako walutę. Skoro nie jest przyjemnością, to staje się walutą.

Kobieta w okresie narzeczeństwa udaje, że jest gotowa spełniać wszystkie erotyczne zachcianki partnera po to, żeby go przyciągnąć do siebie i zatrzymać. Potem on staje się jej mężem, ojcem jej dzieci, więc ona już tę walutę seksualną wykorzystała. I nie chce więcej seksu. A faceci są zaskoczeni: co się stało? Ale też nigdy nie troszczyli się o to, żeby seks sprawiał jej przyjemność, oni tam szli tylko i wyłącznie po swoje. To są trudne sytuacje. Z powodu seksu i pieniędzy rozwodzi się najwięcej osób. A jednocześnie o seksie i o pieniądzach rozmawia się najmniej.

W społeczeństwie mamy wielu singli, pandemia też nie ułatwia wchodzenia w nowe relacje. Czy singielki mają według Pani szansę na spełnienie seksualne?

Moim zdaniem każda kobieta powinna mieć w swojej torebce wibrator łechtaczkowy. To jest podstawa. W naszym zaprzyjaźnionym butiku „mały francuz”, czyli taki mały elegancki wibrator łechtaczkowy na ładowarkę sprzedaje się jak świeże bułeczki. Jest świetny do zabawy i solo, i we dwoje. Zapewnia on dobrą stymulację wewnętrzną łechtaczki – sięga tam, gdzie penis nie sięga. Przydaje się singielkom i kobietom w parach. Masturbacja to podstawa kobiecej seksualności.

Mężczyznom czasem trudno zrozumieć fenomen kobiecej seksualności. Mężczyzna, który się masturbował i miał wytrysk, ma mniej energii seksualnej. Poziom pożądania u niego znacznie spada, czuje się wyczerpany. A u kobiet jest zupełnie inaczej. W im lepszym kontakcie ze swoim ciałem jesteśmy, tym mamy lepszą ochotę na dalsze zabawy. Spotykam kobiety, które na przykład mają orgazm najpierw na własną rękę, a potem na deser mają zabawę z partnerem. Albo odwrotnie: na rozgrzewkę jest zabawa z partnerem, a potem mają orgazm same. I to jest fajne, żeby tak wychodzić z tych ciasnych boksów przekonań na temat tego, czym jest a czym nie jest przyjemność. Żeby nie dać się zamknąć konserwatywnemu przekonaniu, że seks to jest penis, pozycja i penetracja. I jego wytrysk i koniec. To nie musi oznaczać końca dla kobiety.

Przeglądając Pani butik z gadżetami erotycznymi, zastanawiałam się, kim jest typowy klient. Czy można określić jego profil?

Najwięcej jest kobiet – około 60%, a 40% to mężczyźni. Ale to może wynikać z tego, jakie osoby mnie śledzą w social mediach. Jeśli chodzi o wiek, rozpiętość jest olbrzymia. Od studentów po panów w średnim wieku, nie ma to przełożenia na wiek. Trudno mi stworzyć profil typowego klienta. Nawet panie 70+ robią takie zakupy. Wszystko zależy od fantazji. Często są to nauczycielki lub osoby związane ze służbą zdrowia – nie wiem dlaczego (śmiech). To jest ciekawe. Wysyłamy produkty do całej Polski. Mamy mapę, dokąd trafia najwięcej zamówień. Jest to Warszawa, ale województwo zachodniopomorskie ją goni. Do niedawna nie mieliśmy zamówień z Lubelszczyzny, teraz już są. To pokazuje, że coś musi się zmieniać. Jest mnóstwo zamówień z małych miasteczek, nie tylko z dużych miast, co mnie bardzo cieszy. Gadżety dobieram pod kątem tego, żeby były zdrowe. Do pochwy wkładamy rzeczy dobre – to moje hasło. Śluzówka pochwy jest delikatna, gadżety muszą być ze zdrowych materiałów.

Co ogólnie sądzi Pani na temat walentynek?

Z mojej perspektywy każda okazja na seks jest dobra. Niektóre są trochę lepsze – i te walentynki mogą być pretekstem, żeby zrobić coś inaczej w łóżku. Jeżeli tak na to patrzymy, jestem za. Korzystajmy z okazji: walentynki, dzień kobiet, noc kupały, wakacje, urodziny, rocznice… To wszystko są świetne okazje do tego, żeby zrobić coś specjalnego, odświętnego. Ja bym gorąco zachęcała, żeby z tych dobrych i erotycznych okazji korzystać.

A jeśli jeden z partnerów nie ma na nic ochoty – robi tym przykrość drugiej osobie?

To jest poważny temat: związek, miłość – to też jest seks. Oczywiście wszyscy mamy górki i dołki i to jest absolutnie naturalne. Życie seksualne to nie jest linia prosta. Nie można jednak odwracać się od drugiej osoby, która próbuje coś miłego zrobić i powiedzieć. Jeżeli w miły i przyjazny sposób proponujemy coś partnerowi i na każdą naszą mile podaną propozycję słyszymy tylko: „nie”, to warto się zastanowić w jakim związki jesteśmy. Czy jest w nim miejsce na nasze potrzeby?

O seksie trzeba rozmawiać. To jest bardzo raniące, kiedy trzeba w związku żebrać o seks. To jest niszczące. Mówienie „nie, bo nie” to nie jest zdrowa komunikacja w związku. Rozmowy bardzo pomagają. My się ich bardzo boimy, bo nie mamy wprawy. Trzeba zacząć, ale nie od pretensji, ale od przypomnienia sobie: co nas połączyło? Z rozmów o seksie rodzą się fajne rzeczy. Słowa nas tworzą. Możemy z uśmiechem, bez osądzania, zacząć się wspólnie zastanawiać: co możemy fajnego zrobić na walentynki? Teraz jest pandemia, musimy siedzieć w domu, więc warto pomyśleć, co zrobimy gdy już wszystko będzie wolno. Snucie wspólnych planów i marzeń erotycznych też nas łączy. Ważne jest, by nie dać sobie wmówić, że seks nie ma znaczenia.

Czytaj też:
5 wskazówek na udane walentynki w czasie COVID-19

 2

Czytaj także