Bolesne porody

Bolesne porody

Dodano: 
ciąża fot. sxc
W dobrze wyposażonych nowoczesnych szpitalach proste porody kończą się tragicznie. Lekarze, którzy do tego doprowadzają, nie ponoszą żadnych konsekwencji.

Wojewódzki szpital we Włocławku. Na oddział przyjeżdża kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Ciąża jest podwyższonego ryzyka, po pierwsze dlatego, że jest bliźniacza. Po drugie, u matki stwierdzono cukrzycę ciążową. Badanie wykazuje problemy z ciśnieniem dzieci. Lekarka przyjmująca pacjentkę mówi o koniecznym cesarskim cięciu, ale ponieważ nie ma nikogo, kto mógłby je wykonać, przyjmuje ciężarną na oddział i zapisuje na zabieg następnego dnia. Nie robi USG. Dwie godziny później kolejne badanie wykazuje, że u dzieci nie da się wyczuć pulsu, nie można ich uratować. Lekarza, który mógłby wykonać cesarkę, nadal nie ma. Pacjentka czeka na niego kolejne siedem godzin. Ze świadomością, że dzieci, o które starali się z mężem pięć lat, nie żyją.

– To, co się wydarzyło, jest kuriozalne. Ciężarna kobieta przychodzi do szpitala z dwójką zdrowych dzieci. I w tym szpitalu, na oczach lekarzy i ordynatora odpowiedzialnego za oddział, te dzieci umierają. I oczywiście nie ma winnych – mówi Bartłomiej Bonk, olimpijczyk, reprezentant Polski w podnoszeniu ciężarów. Niespełna dwa lata temu jego rodzinę spotkała podobna tragedia w Opolu. Jego żona również rodziła bliźniaki, Maję i Julkę. Były zdrowe i takie powinny się urodzić. Niestety, decyzja o niewykonaniu cesarskiego cięcia podjęta przez lekarzy przyjmujących poród sprawiła, że jest inaczej. Julka ma ciężkie porażenie mózgowe, bo omal się nie udusiła. Winni tej tragedii do dzisiaj nie ponieśli konsekwencji.

Zrobiliśmy, co trzeba

– Sprawy związane z porodami to 37 proc. wszystkich trafiających do nas skarg – mówi Adam Sandauer, prezes Stowarzyszenia Primum Non Nocere, wspierającego ofiary błędów lekarskich. Większość tych postępowań kończy się umorzeniem. Te, które udaje się doprowadzić do sądowego rozstrzygnięcia, to w 80 proc. sprawy cywilne o odszkodowanie. Najczęściej wypłaca je szpital. – Pacjenci i ich rodziny boją się pozywać lekarzy czy szpitale z przepisów Kodeksu karnego, bo wiedzą, że mają nikłe szanse na wygraną – mówi mec. Anita Kutysz z Wrocławia, specjalizująca się w sprawach błędów medycznych. W przypadku błędów ginekologicznych sprawę dodatkowo komplikują przepisy. Jeżeli – jak we Włocławku – nie dojdzie do porodu, praktycznie nie ma możliwości pociągnięcia winnych do odpowiedzialności za śmierć dzieci. Można jedynie wnieść oskarżenie o narażenie życia i zdrowia matki.

Tragedia, która spotkała państwa Szydłowskich we Włocławku, wyzwoliła doraźną reakcję niemal wszystkich instytucji państwowych. Bartosz Arłukowicz z dnia na dzień objął szpital kontrolą NFZ i NIK oraz zaapelował do dyrektora placówki o zawieszenie w obowiązkach ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego. Chociaż sprawa formalnie nie dotarła jeszcze do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, rzecznik Irena Lipowicz już ją monitoruje. Po raz kolejny wezwano do zmiany przepisów, tak by pacjenci mogli skuteczniej dochodzić swoich praw. Podobnych działań było już wiele. W 2010 r. weszło w życie rozporządzenie ministra zdrowia dotyczące opieki i postępowania z ciężarnymi i rodzącymi. Było ono zresztą powtórką zasad, które w 2008 r. ustaliło wewnętrznie środowisko lekarskie. Żadna z tych regulacji nie wpłynęła na poprawę sytuacji pacjentów ani nie ograniczyła liczby tragicznych przypadków w placówkach służby zdrowia.

W 2012 r. w lubelskim szpitalu wojewódzkim po porodzie siłami natury 24-latka wykrwawiła się na śmierć. Wojewódzki konsultant w dziedzinie położnictwa i ginekologii tłumaczył, że to częste powikłanie i że na świecie z takiego powodu co cztery minuty umiera kobieta. Według matki zmarłej pacjentki, gdy córka rodziła, w sali nie było lekarza. W 2013 r. w szpitalu w Sosnowcu tragedię przeżywało małżeństwo Bednarskich. Ich syn urodził się martwy, bo, jak twierdzą rodzice, lekarze nie wykonali podstawowych badań. Podobnie jak we Włocławku zabrakło USG. Ordynator oddziału oświadczył, że zrobił wszystko, co było trzeba, i tradycyjnie dodał, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Sprawą zajmuje się prokuratura.

Za każdym razem, niezależnie od szpitala, lekarze są bez winy, ordynatorzy zrobili wszystko, co było trzeba i co mogli, dyrektorzy, którzy nierzadko o sprawie dowiadują się z mediów, przepraszają i obiecują wsparcie rodzinom. Powoływane są wewnętrzne komisje, które nie stwierdzają żadnych nieprawidłowości, więc nie wyciągają wniosków. – Wiele takich spraw jest zamiatanych pod dywan, a lekarze robią wszystko, żeby nigdy nie ujrzały światła dziennego. Postawienie zarzutów graniczy z cudem – mówi mec. Kutysz. W jednej z prowadzonych przez nią spraw o błąd lekarzy podczas porodu udało się to dopiero po kilku latach, ale finał i tak nie jest jeszcze przesądzony.

Niewidzialny rzecznik

Państwowym gwarantem egzekwowania praw pacjentów miało być najpierw Biuro Praw Pacjenta, a od 2008 r. powołana ustawą instytucja Rzecznika Praw Pacjenta. Stanowisko to objęła Krystyna Kozłowska, niezbyt udolnie zarządzająca wcześniej Biurem. – W naszej sprawie pojawiła się, dopiero gdy powołano komisję do badania sprawy. Wcześniej nawet nie wiedziałem, kto to jest, gdzie i co ma robić – wspomina Bonk. Kozłowska nie dojechała też do Włocławka. W sprawie opieki psychologicznej dla żony musiał interweniować Arkadiusz Szydłowski. Poza nim nikt o to nie zadbał.

Skoro Rzecznik Praw Pacjenta słabo się sprawdza, pojawił się nowy pomysł. Irena Lipowicz, rzecznik praw obywatelskich, uważa, że należy powołać departament ochrony praw pacjenta w Ministerstwie Zdrowia. Bo rzecznik „zewnętrzny” nie ma, zdaniem Lipowicz, wystarczających możliwości oddziaływania na resort i nie może z urzędu ingerować w nowe przepisy na etapie ich tworzenia. Jeżeli koncepcja chwyci, powstanie kolejna pochłaniająca pieniądze i nic niewnosząca biurokratyczna instytucja. Tyle że polska służba zdrowia zapomniała o dyrektywach UE. Przez ponad siedem lat nie wprowadziła rekomendacji Rady Europy dotyczących bezpieczeństwa pacjentów. Znalazło się w nich m.in. zalecenie o utworzeniu systemu analizy błędów. Poza Polską do unijnych przepisów nie zastosował się jedynie Cypr.

Co boli doktora

Minister Arłukowicz w maju zeszłego roku zaapelował do lekarzy w liście otwartym, żeby „fałszywie rozumiana solidarność zawodowa nie rzucała cienia na całe środowisko”. Dodał, że „prawdziwego lekarza nic tak nie boli jak krzywda pacjenta; jak śmierć, której można było uniknąć”. Po tym liście nic się nie zmieniło. I – jak twierdzą ludzie od lat walczący z patologiami w służbie zdrowia – nie zmieni się i tym razem. – Szum wokół podjętych działań i powoływanych komisji medycznych jest większy niż efekty. Tyle że tu nie chodzi o medialne fajerwerki, powołanie rzecznika czy wprowadzenie kulawej ustawy o zdarzeniach medycznych. Nie da się machnięciem magiczną różdżką od ręki poprawić sytuacji pacjentów. Potrzebnych jest wiele systemowych zmian – mówi Sandauer. Być może ze względu na medialny rozgłos i zaangażowanie czołowych organizacji pozarządowych sprawa państwa Szydłowskich znajdzie szybki finał. Ale jakikolwiek by on był, nieszczęście już się stało. – I na pewno nie poprawi sytuacji pacjentów – komentuje krótko Bartłomiej Bonk.

Stan jego córki jest stabilny, ale ciężki. W ciągu pół roku była w czterech różnych szpitalach. Na OIOM zaraziła się opornymi na antybiotyki bakteriami, które wywołują u niej ciągłe infekcje. Została poddana eksperymentalnej terapii, mającej na celu odtwarzanie komórek macierzystych. Nie skończyła jeszcze półtora roku, a przeszła już dwa zabiegi, niedługo będzie miała trzeci. Czeka ją sześć kolejnych. Poprawa stanu jej zdrowia nie następuje w oczekiwanym stopniu. Sukcesem było, że po wielu miesiącach mogła opuścić szpital i być wreszcie z rodziną w domu. Za kilka dni uwaga mediów odwróci się od Włocławka i system pomocy medycznej wróci do normalności. Aż do następnego tragicznego wydarzenia, kiedy na chwilę znowu wszystko stanie na głowie. I tradycyjnie skończy się na niczym. ■

Czytaj także

 0