To miało być najwyżej pół roku życia. „Chciałem zrobić wszystko, by znów stanąć za stołem operacyjnym”

To miało być najwyżej pół roku życia. „Chciałem zrobić wszystko, by znów stanąć za stołem operacyjnym”

Dodano: 
Prof. Stanisław Kwiatkowski: W życiu zawodowym od wielu lat mam do czynienia z dziećmi, które chorują na bardzo ciężkie schorzenia – guzy mózgu, glejaki
Prof. Stanisław Kwiatkowski: W życiu zawodowym od wielu lat mam do czynienia z dziećmi, które chorują na bardzo ciężkie schorzenia – guzy mózgu, glejaki
Trzy lata temu usłyszał diagnozę rzadkiej odmiany szpiczaka, przy której średnio żyje się pół roku. Zaraz potem ciężko przeszedł COVID. Po wyjściu ze szpitala nie wziął nawet jednego dnia zwolnienia. Operuje dzieci z glejakami, wadami rdzenia kręgowego. Rok temu nie miał siły wejść na schody, był kwalifikowany do transplantacji serca; w tym roku wszedł na Szczeliniec Wielki. - Od godziny siódmej jestem w pracy - mówi prof. Stanisław Kwiatkowski. Na co dzień: kieruje oddziałem Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

Katarzyna Pinkosz, „Wprost”: Panie profesorze, gdy rozmawialiśmy rano, biegł pan na operację. Kogo pan dziś operował?

Prof. Stanisław Kwiatkowski: Operowałem między innymi wrodzone zaburzenie kształtu czaszki u niemowlęcia. Jest ono spowodowane przedwczesnym zarastaniem szwów czaszki. Powoduje, że w wielu przypadkach czaszka nie może się rozrastać – na szerokość albo na długość. To nie tylko problem estetyczny; często zaburza to rozwój mózgu, dlatego są neurologiczne wskazania do takich zabiegów. W niektórych przypadkach dochodzi do ucisków na nerwy wzrokowe, co może spowodować nawet ślepotę, dlatego bywa, że są wskazania okulistyczne do zabiegów. Ale są też wskazania estetyczne: dzieci mają krzywą głowę. Ja je nazywam „dziećmi ostatniej ławki”, bo siedzą w szkole w ostatniej ławce, gdyż często z powodu kształtu głowy inne dzieci z nich się śmieją.

Operuje pan też m.in. guzy mózgu u dzieci.

Tak, guzy mózgu, ale też wady wrodzone kręgosłupa: to operacje, które wykonuje się w pierwszej dobie życia dziecka. Często zdarzają się operacje z powodu urazów, np. podczas jazdy na nartach, na rowerze. Na szczęście jest ich coraz mniej – dzięki temu, że coraz więcej osób jeździ w kaskach.

Gdy trzy lata temu dowiedział się pan, że choruje na szpiczaka – i to bardzo ciężką jego postać – pomyślał pan, że stanie jeszcze kiedyś za stołem operacyjnym?

Myślałem wtedy, że należy zrobić wszystko, żeby za tym stołem operacyjnym się znaleźć.

Było to w grudniu 2020 r. – szybko się wtedy męczyłem, miałem duszności, niewydolność oddechową. Po dokładnej diagnostyce pojawiło się podejrzenie rzadkiej postaci uszkodzenia serca na skutek tzw. szpiczaka pozaszpikowego, pierwotnej amyloidozy serca. Bardzo szybko rozpocząłem leczenie. Niestety, po drugim cyklu chemioterapii okazało się, że zaraziłem się COVID-19, mam zmiany zapalne w płucach tym spowodowane. Wtedy nie było jeszcze szczepionek.

U chorych na szpiczaka zakażenie COVID-19 często w tamtym okresie przebiegało bardzo poważnie, wiązało się ze złym rokowaniem, wiele osób zmarło. A jak u pana przebiegła choroba?

Spędziłem dwa tygodnie na oddziale covidowym w szpitalu, miałem niewielki stan podgorączkowy, głównym objawem była duszność, która bardzo szybko się rozwijała. Dostałem tlen. W moim przypadku duszność miała dwie przyczyny: pierwszą były zmiany w płucach, spowodowane COVID-19, drugą – niewydolność krążenia spowodowana szpiczakiem. Te dwie przyczyny nałożyły się, dlatego musiałem być w szpitalu. Jako że jestem osobą bardzo aktywną, było to dla mnie trudne, mimo że opieka na oddziale była naprawdę znakomita.

Ma pan rzadką postać szpiczaka, która atakuje również serce…

W przypadku tzw. szpiczaka pozaszpiczakowego uszkodzeniu ulegają różne narządy: wątroba, nerki, serce. W moim przypadku to właśnie serce, stąd objawy – przede wszystkim spadek wydolności krążeniowej. Wcześniej nie byłem w stanie wejść na pierwsze piętro, po przejściu 200 metrów musiałem się zatrzymać, odpocząć.

Często miałem zadyszkę – kiedyś nawet studenci zastanawiali się, dlaczego mam taką duszność. Byłem zakwalifikowany do przeszczepu serca, już byłem do niego przygotowywany, ale pierwsze serce dla mnie… oddałem, a ostatnio moje wyniki tak się poprawiły, że kardiolog zdyskwalifikował mnie z przeszczepu serca. Bardzo mnie to ucieszyło.

Przy rozpoznaniu usłyszałem, że mediana przeżycia w przypadku mojej postaci choroby to sześć miesięcy, góra 12 miesięcy. A ja już żyję trzy lata i czuję się znacznie lepiej. Leczenie jest skuteczne. Mogę chodzić po schodach, nie mam zadyszki. Byłem w górach, w Sudetach. Wszedłem na Szczeliniec Wielki, choć muszę przyznać, że nie było łatwo. Ale widok z góry jest wart tego wysiłku.

Wykonuje pan bardzo trudne operacje neurochirurgiczne, uratował pan wiele dzieci. Czy po diagnozie choroby zadawał pan sobie pytanie, dlaczego to właśnie pana dotknęła?

Na początku to był szok, ale w życiu zawodowym od wielu lat mam do czynienia z pacjentami, z dziećmi, które chorują na bardzo ciężkie schorzenia – guzy mózgu, glejaki. Gdy mówię rodzicom diagnozę, często pytają: „Dlaczego to właśnie moje dziecko?”. Nie ma na takie pytanie odpowiedzi. Tak samo mogłem zastanawiać się, dlaczego to właśnie ja zachorowałem. Uznałem jednak, że nie jest to powód do roztrząsania, tylko trzeba po prostu podjąć walkę z chorobę. Tak właśnie robię. Współpraca z hematologami, kardiologami jest znakomita, dbają o mnie, jak potrafią, a ja poddaję się leczeniu. I cały czas pracuję.

Czytaj też:
Prof. Giannopoulos: Nowe badanie kliniczne polskich hematologów szansą dla chorych z białaczką

Nie zwolnił pan po chorobie?

Po wyjściu ze szpitala nie wziąłem nawet zwolnienia lekarskiego. Wróciłem do pracy. Przyjmuję dzieci w poradni, pracuję też na oddziale, operuję, uczę studentów, pracuję na uczelni, do maja jestem pełnomocnikiem rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. klinicznych w Collegium Medicum. Od godziny siódmej jestem w pracy.

Szpiczak: trudny, nieuleczalny, ale... można dziś żyć. Jaką wypisał Pan dla siebie receptę na życie?

Powiem tak: dwa miesiące temu poszedłem na badania okresowe medycyny pracy. Przyjmował mnie pan doktor w wieku około 80 lat, który mówił, że dawno powinien być na emeryturze. Tak rozmawialiśmy, że na nie jest na emeryturze, bo… co by na niej robił?! Potem zaczął przeglądać moje karty informacyjne z hematologii i kardiologii, pytając, czy ja naprawdę na to wszystko choruję?

Gdy powiedziałem, że tak, stwierdził: „Wie pan, pana to chyba praca przy życiu trzyma. To napiszę panu zdolność do pracy na kolejne pięć lat!”.

A optymizmu mi w życiu nie brakuje.

Prof. dr hab. Stanisław Kwiatkowski, neurochirurg, neurotraumatolog, kierownik Oddziału Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, pełnomocnik rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. klinicznych w Collegium Medicum. Zajmuje się leczeniem m.in. wad rozwojowych mózgu, rdzenia kręgowego, neuroonkologią. Jest również jednym z bohaterów książki "Covidowe twarze szpiczaka" pod red. prof. Artura Jurczyszyna.

Czytaj też:
Świadectwo czasu pandemii

Cały wywiad dostępny jest w 52/2023 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.