Tragiczny bilans utonięć. Ratownik: Największy problem jest z tak zwaną „miejscową patolą”

Tragiczny bilans utonięć. Ratownik: Największy problem jest z tak zwaną „miejscową patolą”

Dodano: 
Ratownik na plaży w Świnoujściu.
Ratownik na plaży w Świnoujściu. Źródło: WPROST.pl / Katarzyna Świerczyńska
Ratownik nad morzem ma duży autorytet, gorzej jest na kąpieliskach śródlądowych. Ale wciąż zdarzają się tacy, którzy mówią: „Co mi pan pitolisz, ja tu ponad 600 kilometrów jechałem i wykąpać się nie mogę?!” O tragicznym sezonie i o tym, dlaczego ludzie się topią, opowiada ratownik Patryk Wiklak.
Patryk Wiklak jest koordynatorem WOPR Województwa Zachodniopomorskiego.

Katarzyna Świerczyńska, „Wprost”: Półmetek wakacji za nami z bilansem 61 utonięć w lipcu i 87 w czerwcu…

Ten sezon jest tragiczny, trzeba to sobie powiedzieć. Dlatego ponawiam apel, żeby kąpać się tylko w miejscach do tego przeznaczonych, bo tam te utonięcia zdarzają się rzadko.

No tak, tylko mówimy o tym ciągle, a ludzie i tak toną. Byłam w lipcu nad Bałtykiem, akurat w te wietrzne dni, przez cały mój urlop była wywieszona czerwona flaga. Chociaż lubię wodę, nie kąpałam się, ale widziałam ludzi, którzy wchodzili do morza. I przyznam, że patrząc na nich, przeszło mi przez myśl, że może też wejdę…

Ja też byłem w tym czasie nad Bałtykiem. I też nie wszedłem do wody…

A mógłby pan, bo jako ratownik ma pan zdecydowanie większe umiejętności pływackie, niż większość plażowiczów.

Dlatego nie wchodzę, bo oprócz umiejętności mam też wiedzę, jak bardzo niebezpieczne jest takie wzburzone morze. Nikt nie wywiesza czerwonej flagi bez powodu. Też lubię wodę, każde wakacje spędzam nad wodą, ale do morza wtedy też nie wszedłem. Mówiąc kolokwialnie, nie będę przecież „januszował”.