Prof. Małek: Zgon na plaży

Prof. Małek: Zgon na plaży

Dodano: 
Gra w siatkówkę na plaży
Gra w siatkówkę na plaży Źródło: Shutterstock
Każdy może się znaleźć w sytuacji, gdy będzie wymagać pomocy. Nie zawsze udzielenie pomocy jest skuteczne, ale przynajmniej robimy wszystko, co można. Wszystko, co dla tej osoby zrobimy, jest dla niej szansą - mówi prof. Łukasz Małek, kierownik Poradni Kardiologii Sportowej w Narodowym Instytucie Kardiologii.

Katarzyna Pinkosz: Sierpień, Stegna, 45-latek grający w siatkówkę na plaży traci przytomność i umiera. Prawdopodobnie zawał serca. Wydaje się, że granie nad morzem w siatkówkę jest dużo zdrowsze od leżenia na piasku. Dlaczego może się skończyć śmiercią?

Prof. Łukasz Małek: Aktywność fizyczna jest bezpieczna. Nie wiemy, co dokładnie się wydarzyło, należałoby się jednak zastanowić, czy u tej osoby nie było czynników ryzyka kardiologicznego. Oczywiście, wysoka temperatura i niedostateczne nawodnienie mogły się przyczynić do tej tragedii. Na pewno jednak, mając 40-45 lat – choć wydaje się to młodym wiekiem – warto sprawdzić, czy nie mamy czynników ryzyka kardiologicznego, takich jak nadciśnienie i wysoki cholesterol.

Jeśli te czynniki ryzyka trwają latami, mogą spowodować spustoszenia w organizmie. Nie dają one jeszcze objawów w codziennych sytuacjach, a pierwszym objawem może być zawał serca, gdy zmusimy je do większej pracy – na przykład w czasie gry w siatkówkę.

Tego typu sytuacji zdarza się jednak codziennie w Polsce kilkadziesiąt. Najczęściej dotyczą starszych osób, jednak zdarza się, że i u 40-latka dochodzi do zatrzymania krążenia. Rzadko się o tym mówi, gdyż może nie jest to tak widoczne jak na plaży, w tracie gry w siatkówkę, gdy stało się to w otoczeniu setek osób.

Dlaczego 40-latek, który czuje się zdrowy, nie ma żadnych niepokojących objawów, może mieć zawał?

Czasami pierwszym objawem choroby wieńcowej jest właśnie zawał. Taka osoba może wcześniej nie mieć objawów, ale np. od lat ma nadciśnienie tętnicze, którego nie leczy, albo wysoki cholesterol, albo pali papierosy i ma nadwagę lub otyłość. Wszystko to powoduje, że w tętnicach tworzą się blaszki miażdżycowe. Często wystarczy wówczas zwiększone zapotrzebowanie serca na tlen, co zdarza się przy aktywności fizycznej, albo wysoka temperatura. Blaszka miażdżycowa pęka, powoduje ostre niedokrwienie, zaburzenia rytmu i zatrzymanie krążenia.

Czasami gdy dokładnie się porozmawia z osobami, które przeżyły zawał i twierdziły, że nie odczuwały wcześniej żadnych niepokojących objawów, okazuje się, że jednak coś odczuwały, tylko nie przywiązywały do tego wagi: np. czuły się bardziej zmęczone, brakowało im energii. Czasem to była duszność po wejściu na drugie, trzecie piętro lub nierówne bicie serca. Takie objawy wiele osób lekceważy, uważa, że to wynik zmęczenia i stresu. A to mogą być objawy przepowiadające zawał.

Lekceważone przez nas nadciśnienie tętnicze lub zbyt wysokie stężenie cholesterolu może po prostu zabić?

Może zabić. Nadciśnienie nie boli, wysoki cholesterol nie boli, dlatego wiele osób to bagatelizuje. Dziś coraz częściej nadciśnienie i wysoki cholesterol mają już osoby bardzo młode; uważają, że są zbyt młode, by brać leki, nie chcą ich przyjmować do końca życia. Nie zawsze jest to konieczne, czasem wystarczy zmienić styl życia, gdy jednak to nie pomaga, konieczne jest przyjmowanie leków.

Tłumaczę pacjentom, że kiedyś nie było takiej świadomości czynników ryzyka, dlatego zwykle włączało się leczenie dopiero np. po zawale serca. Leki przyjmowały osoby 60-letnie i starsze, dlatego kojarzy się nam, że tylko osoby starsze się leczą.

Nie chcemy przyjmować leków, bo nie chcemy czuć się staro. Lepiej jest jednak włączyć leczenie wcześniej, nawet w wieku 20-30 lat, by zniwelować czynniki ryzyka i uniknąć zawału, niż nie przyjmować leków i mieć zawał lub udar.

Upał, wysokie temperatury duża wilgotność powierza: dlaczego taka pogoda sprzyja zawałom?

Wysoka temperatura powoduje, że łatwiej się odwodniamy, a odwodnienie powoduje zagęszczenie krwi. Gdy w naczyniach są blaszki miażdżycowe, które zaczynają pękać np. w wyniki stanu zapalnego lub nadwerężenia, to gęsta krew łatwiej się wykrzepia; zlepiają się płytki krwi.

W przypadku dużego wysiłku fizycznego i dużego odwodnienia może dojść do zawału nawet u osoby, u której nie ma blaszek miażdżycowych: krew wykrzepia się w tętnicach wieńcowych.

W gorące dni nie można zapominać o tym, żeby dużo pić?

Tak, a także o tym, żeby wysiłki fizyczne były mniej intensywne i nie odbywały się w okresie największego upału. Lepiej być aktywnym fizycznie rano i wieczorem.

A picie piwa to dobry pomysł?

Zdecydowanie zły. Po pierwsze, alkohol odbiera nam kontrolę nad naszymi poczynaniami, a poza tym jest napojem odwadniającym. Stymuluje diurezę, odwadnia. Woda, napoje izotoniczne – tak. Piwo – nie.

Taka sytuacja jak na plaży w Stegnie może się zdarzyć w każdym miejscu. Jak postępować, jak pomóc? Wezwać pomoc i co jeszcze robić?

Jedna osoba powinna wezwać pomoc, ale od razu trzeba podjąć akcję reanimacyjną: sprawdzić, czy osoba, która straciła przytomność, oddycha i czy jest akcja serca. Jeśli nie, to należy zastosować masaż serca i sztuczne oddychanie: dwa oddechy, 30 uciśnięć i znów dwa oddechy, 30 uciśnięć. W przypadku jednej osoby udzielającej pomocy to trudne, gdyż uciśnięcia klatki piersiowej muszą być dość mocne. Gdy jest więcej osób, można się zmieniać. Przede wszystkim trzeba rozpoznać sytuację i podjąć działanie.

Główne zarzuty służb ratowniczych polegały na tym, że zabrakło empatii, nie podjęto akcji reanimacyjnej, był też utrudniony dostęp do osoby poszkodowanej przez poustawiane na plaży parawany.

Jeśli sami nie podejmujemy akcji ratowniczej, to powinniśmy umożliwić to odpowiednim służbom. Może to będzie powód, by zakazać stosowania parawanów na plaży. Kiedyś chroniły one przed wiatrem, gdy jednak temperatura nad morzem wynosi 30°C. nie spełniają takiej funkcji, ale utrudniają dotarcie do osoby poszkodowanej i akcje ratownicze.

Większość osób, które nie podejmują akcji ratowniczej, nie robi tego z powodu braku empatii, tylko raczej z obawy, że może coś zrobi źle, zaszkodzi...

W takiej sytuacji już bardziej nie zaszkodzimy. Trzeba sprawdzić tętno na tętnicy szyjnej, przykładając rękę. Sprawdzić oddech. Jeśli nie ma tętna, to jest stan śmierci klinicznej. Nie zaszkodzimy, możemy jedynie pomóc.

Ta osoba jest zdana tylko na naszą pomoc. Im wcześniej jest podjęta akcja reanimacyjna, tym większe szanse, że taką osobę uda się uratować. Każda minuta odgrywa ważną rolę. Im dłużej serce nie pracuje, tym mniejsze szanse na powodzenie akcji reanimacyjnej.

Może też pomóc zastosowanie defibrylatora – są obecne w wielu miejscach: w szkołach, galeriach handlowych, na dworcach. Być może również w sezonie letnim na plażach, gdzie znajdują się tysiące ludzi, powinien się znajdować defibrylator, np. w wieży WOPR. Warto nauczyć się jego obsługi – może to zrobić każdy. Wystarczy otworzyć defibrylator, nakleić elektrody na klatkę piersiową poszkodowanego, a dalej urządzenie samo instruuje, jak postępować. Jeśli wykorzysta się go w ciągu kilku minut, to szansa na powodzenie akcji reanimacyjnej sięga nawet 90 procent.

Nie należy się obawiać udzielania pierwszej pomocy?

Każdy może się znaleźć w sytuacji, gdy to on będzie wymagać pomocy. Na pewno chciałby, żeby wówczas ktoś mu jej udzielił. Nie zawsze udzielenie pomocy jest skuteczne, ale przynajmniej robimy wszystko, co można. Wszystko, co dla tej osoby zrobimy, jest dla niej szansą.

Rozmawiała Katarzyna Pinkosz

Prof. dr hab. n. med. Łukasz Małek jest kierownikiem Poradni Kardiologii Sportowej w Narodowym Instytucie Kardiologii w Warszawie, przewodniczącym-elektem Sekcji Kardiologii Sportowej Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (2021-2023).

Prof. Łukasz Małek

Źródło: Wprost o zdrowiu
 0

Czytaj także